Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawostki językowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawostki językowe. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 marca 2017

Mowa ptaków, czyli...

...są tacy, co gwiżdżą nie tylko na psa, ale na wszystko.

Od rana padało. Ktoś w podłym humorze (a w takim była właśnie Izka) mógłby nazwać to ulewą, ale nie była to pogoda, która rozgrzeszałaby z odwoływania planów towarzyskich. Tym bardziej, że te plany miały zostać zrealizowane zaledwie dwa bloki dalej, a nauka nie zna jeszcze przypadków, kiedy to ludzie rozpuszczają się po przebiegnięciu w deszczu tak krótkiego dystansu. Jednak na zewnątrz było tak szaro i tak zimno, a w mieszkanku z herbatką tak miło i tak cieplutko, że przełożenie spotkania wydawało się jedyną racjonalną opcją. Izka otworzyła okno. Mimo deszczu wyraźnie usłyszała plotki wyćwierkiwane między blokami przez emerytowane sąsiadki i przez moment zastanawiała się, czy na pewno chce tweetować w obecności osiedlowego monitoringu. Po chwili wahania zrobiła parę ćwiczeń na rozruszanie warg i gwizdnęła przeciągle, by złapać połączenie z Moniką – ta odebrała niemal natychmiast. Izka, która nie zdążyła jeszcze do końca przemyśleć, co powie, zaświstała dość jękliwie i to już wzbudziło słuszne podejrzenia kumpeli. Która najwyraźniej wstała i tak lewą nogą, bo odgwizdała agresywniej, niż można było się spodziewać. Izka zaćwierkotała melodyjnie, próbując obrócić sytuację w żart, ale w odpowiedzi dostała serię ostrych tweetów, pomiędzy które nieudolnie próbowała się wtrącić. Między blokami nastąpiła wymiana gwizdów wzdychających nad językiem dzisiejszej młodzieży.

Oglądaliście państwo Teatr Alternatywnych Rzeczywistości – w dzisiejszym odcinku zastanawialiśmy się, jak mogłoby wyglądać polskie osiedle, na którym wrzaski dzieciaków i wołanie na obiad zastąpiłyby mniej lub bardziej melodyjne gwizdy. I nie jest to kompletna fikcja, jako że nie brakuje na świecie społeczności, w których gwizdanie to coś więcej niż „hej, ty!”.

Języki gwizdane to nie tyle osobne narzecza czy nawet dialekty, a raczej rozszerzenia istniejących już języków – gdybyśmy mieli faktycznie polski język gwizdany, wciąż byłyby to polskie słowa, tylko przełożone na formę gwizdów. Niejako specyfikę tego systemu oddaje przyrównanie do szeptu – mówimy to samo, tylko bez użycia strun głosowych. Przekodowanie głosek na gwizdy opiera się na zmianach wysokości dźwięku i przerwach w przepływie powietrza, a największe różnice są pomiędzy przekładaniem języków tonalnych (takich jak np. mandaryński) i atonalnych (np. hiszpański). W przypadku tych pierwszych rosnąca wysokość dźwięku odzwierciedla konkretny ton w języku docelowym, u tych drugich samogłoski mają przypisaną konkretną wysokość. By móc oddać każdą głoskę za pomocą gwizdu, z wargami muszą też współpracować język i palce – mimo to, czasem i tak braknie odpowiednika dla wszystkich i jednym gwizdem musi się dzielić kilka spółgłosek. W związku z tym efektywne komunikaty wymagają jasnego kontekstu, umiejętnego dobierania słów i przekładania skompilowanych myśli na proste przekazy.

Gwiżdżący Gomerańczyk. 

Pytanie w takim razie brzmi: po co? Ano po to, żeby sobie pogawędzić z kimś z drugiego krańca lasu, czy widzi tam jakieś ładne borowiki, bo tutaj to wszystkie ślimaki zżarły. Analiza obecnie skatalogowanych języków gwizdanych wskazuje ich występowanie głównie w odizolowanych miejscach – na wyspach, w górach, w dżunglach. Wykorzystuje się je w trakcie polowań (okazuje się, że o ile ludzka mowa zwierzęta płoszy, tak melodyjny gwizd nie robi na nich specjalnego wrażenia), międzypasterskich konsultacji w temacie przemieszczania stada, do publicznych ogłoszeń czy zwykłych pogaduszek między osobami, które muszą siedzieć daleko, a im się nudzi. I w tej roli gwizdy spisują się znakomicie. Po pierwsze, nie męczą. Wrzasnąć można maksymalnie na 100 decybeli i po chwili stracić głos, gwizd na pełnym gwizdku to 120db bez specjalnego wysiłku. Po drugie, przy dobrych warunkach mogą się nieść na kilka kilometrów i wciąż być czytelne, podczas gdy wykrzyczane słowa szybko tracą swoją barwę, im dalej się niosą i odbijają od licznych przeszkód.

Zdecydowanie najbardziej znanym i najsilniej trzymającym się językiem gwizdanym jest silbo gomero (hiszp. "gomerański gwizd"), który dzięki wysiłkom włożonym w jego zachowanie miał swoje pięć minut w mediach. La Gomera to jedna z Wysp Kanaryjskich, gdzie kolonizatorzy postanowili nie zrujnować dla odmiany wszystkiego i przejęli od lokalnych język gwizdany, dopasowując go do hiszpańskiego. Trzymał się całkiem nieźle do czasu kryzysu ekonomicznego w połowie XX wieku, kiedy nieciekawa sytuacja finansowa zmusiła wielu do przeprowadzek i zmiany stylu życia. Niedługo potem rolnictwo i pasterstwo zaczęto postrzegać jako pracę dla ludzi niezbyt lotnych, w związku z czym klasa średnia nie uczyła swojego potomstwa gwizdanego, żeby ich nie kojarzono z wieśniactwem. Dodajmy do tego jeszcze rozwój technologii komunikacyjnej i już można właściwie ostrzyć ołówek do wykreślenia kolejnego narzecza z listy. Na szczęście w 1999 władze zarządziły gwizdanie w szkole jako przedmiot obowiązkowy i to był jeden z pierwszych kroków do odzyskania dawnej świetności. Jak wykazał raport UNESCO, obecnie wszyscy mieszkańcy La Gomera rozumieją silbo, ale posługiwać się nim potrafią tylko urodzeni przed 1950, bo mogli się go jeszcze uczyć w domu bez robienia siary i pokolenie, które już załapało się na naukę w szkole – głupia moda okradła pechowców urodzonych między 1950 a 1980 z tej wyjątkowej umiejętności. Silbo gomero zostało wpisane w 2009 przez UNESCO na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego.

Rzeźba "El árbol que silba y canta" ("Drzewo, które gwiżdże i śpiewa") znajduje się w logo organizacji Cultural and Research Association of Silbo Canario, która w ramach promocji języka m.in. stworzyła aplikację Yo Silbo.

Piosenka "Silbo" autorstwa francuskiego muzyka Féloche.

Współczesne media znacznie przyczyniły się do próby uciszenia silbo raz a dobrze, dzisiaj pomagają mu rozbrzmiewać jeszcze dalej. Jeżeli znacie hiszpański, możecie spróbować darmowej aplikacji Yo Silbo wspierającej w nauce gwizdanego. Wspierającej, bo do czystego studiowania od zera się nie nadaje – zdjęcia układu palców niewiele mówią, ściany tekstu nie pomagają, brakuje ilustracji czy filmików. Co jest ciekawe, to nagrania konkretnych fraz (chociażby słynne cytaty filmowe – wygwizdany „Jestem Bond, James Bond” wprowadził w moje życie nową jakość) oraz generator zdań.

Dzieciaczki uczące się gwizdać.

Jeżeli Wyspy Kanaryjskie to dla was ciut za daleko, to wiedzcie, że są ludzie gwiżdżący na wszystko znacznie bliżej, niż myślicie – chociażby grecka wioska Antia, francuskie Aas w Pirenejach czy tureckie Kuşköy (które dzięki gwizdanemu zawdzięcza swoją nazwę – „ptasia wioska”). Najwięcej gwiżdże się jednak w Meksyku, w Ameryce Południowej, w Afryce i na Nowej Gwinei.

Reportaż telewizyjny (ok. 5 minut) pokazujący rodzinę z Kuşköy posługującą się biegle gwizdanym.

„Zjadają oni węże, jaszczurki i inne tego rodzaju płazy, a posługują się mową niepodobną do żadnej innej, tylko do brzęczenia nietoperzy”, pisze w temacie „etiopskich troglodytów” Herodot w „Dziejach”. Chociaż języki gwizdane obecne są od czasów starożytnych i stosowała je niejedna społeczność, niemal w ogóle nie zwracała uwagi lingwistów. Przez bardzo długi okres czasu sądzono, że jest ich na całym świecie może z 12 - w ciągu ostatnich 15 lat badacze poszerzyli tę grupę do 70 i pewnie jeszcze urośnie. Na dzień dzisiejszy dopiero co powstają projekty nie tylko badające języki gwizdane, ale też ich wpływ na mózg – już pierwsze badania sygnalizują, że mogą nam wiele namieszać w dotychczasowych teoriach, jak uczymy się języków. Tak więc myjcie często uszy, bo zapewniam was, że za jakiś czas niejedno o  gwizdaniu usłyszmy.

Z wyrazami szacunku
Kazik

piątek, 12 lutego 2016

Fun Fact #1

1. Mądrzy ludzie z Oksfordu zrobili badania, i stwierdzili, że inaczej uczymy się rzeczowników, a inaczej czasowników. Jeżeli chcemy usprawnić nieco naszą naukę, to dobrze byłoby wiedzieć, że pamiętanie tych pierwszych zależy od tego, jak często je widzimy (Kapitan Oczywistość radzi: im częściej, tym szybciej kodujemy!). Przyswajanie czasownika zależy natomiast od różnicowania kontekstów, np. "czytam książkę", "czytam gazetę", "czytam ogłoszenie".

2. Czasownik jest najpóźniej opanowywaną przez dzieci częścią mowy. Dla równowagi, jak już w nas te czasowniki utkną, to się już ich nie wyrwie - na starość zapominamy je na samym końcu, pierwsze z pamięci wylatują rzeczowniki.

Z wyrazami szacunku
Kazik

sobota, 12 grudnia 2015

Słowa, słowa, słowa!, czyli...

...dlaczego warto inwestować czas w frekwencję.

Pytanie: ile słów ma język polski? Odpowiedź: w cholerę i jeszcze więcej. "Wielki słownik ortograficzny" pod redakcją Polańskiego liczy jakieś 150 tysięcy haseł, a przecież nie odnotowuje wszystkich wyrazów rynsztokowych, nawijek młodzieży, co bardziej wymyślnego słowotwórstwa, zapożyczeń z egzotycznym rodowodem, socjolektów czy nowinek z technokratycznej przyszłości (słownik w 2003 roku wydano).

Sto pięćdziesiąt tysięcy haseł! Taki jest polski na bogato.

Jeżeli przeglądacie od niechcenia dział z materiałami do nauki języków obcych w księgarniach, to możecie się czasami natknąć na książeczki reklamujące się metodą "1000 słów", obiecujące nauczyć komunikowania się w danym narzeczu dzięki ich poznaniu - zero nudnej gramatyki, a tysiąc słówek, co to jest! Odpowiadam: to jest bzdura z tego samego wora co "mezopotamski w miesiąc", ale bzdura nie biorąca się znikąd.

Wyobraźcie sobie jakąś pomerdaną antyutopię, w której chęć nauczenia się nowego języka jest poważną decyzją wymagającą zgody od Władz, wypełnienia mnóstwa papierków i dobrego humoru przybijacza pieczątek. Żeby nie było za łatwo, nie ma czegoś takiego jak słowniki czy kursy - Władza wręcza wam pakiet A1 zawierający co trzecią stronę z podręcznika do gramatyki i losowo wybrane tysiąc słówek. Jak myślicie, jeżeli nauczycie się tego tysiąca przypadkowo dobranych wyrazów, jak wiele zrozumiecie z przeciętnego artykułu z gazety kupionej na czarnym rynku? Odpowiedź: od 6 do 12%, zależnie do tego, ile daliście w łapę i jak bardzo przydatne słówka dostaliście.

Na szczęście to tylko moja chora wizja świata podbitego przez delfiny i mamy swobodny wybór w doborze wkuwanego słownictwa, i rozsądnie decydujemy się nauczyć tysiąca wyrazów występujących najczęściej w danym języku. Ile procent randomowego tekstu zrozumiemy przy takim zestawie? Odpowiedź: 72%.
WOW, jest różnica!

To jest bardzo dużo procentów i bardzo trzeźwe 72! Głupie tysiąc wyrazów! A co dopiero, gdy nauczymy się dwóch głupich tysięcy!, rozsunąć się, idę się ich uczyć i będę czytać Dostojewskiego i Schopenhauera w oryginale!

Znajomość dwóch tysięcy najpopularniejszych słów danego języka daje nam rozumienie 79,7%. No tak, trzeba jakoś do tych 100% dojść, gdzieś te pozostałe wyrazy muszą się zmieścić... Z każdym kolejnym tysiakiem opłacalność coraz niższa: 90% to opanowanie ok. 6000 słów, 95% - 15 000. Szacuje się, że by chycić się tych 99,9% (bo do setki obiecanej w tym modelu nigdy nie dojdziemy...), trzeba poznać 120 tysięcy słów.

Czujecie ten rozmach? Uczymy się tysiąca najczęściej występujących wyrazów i dostajemy 72% rozumienia. Poświęcamy tyle samo czasu, potu i łez na naukę kolejnego tysiąca, i rozumienie tekstu wzrasta o nędzne 10%, takie z dobrą wolą.

Oczywiście, musimy uściślić tu kilka rzeczy.
Po pierwsze, jedna rzecz jest czytać przeciętny artykuł z gazety pisanej dla przeciętnego Nejtiw Spikera, inna - próbować zrozumieć specjalistyczny tekst. Wiele zależy od naszej wiedzy ogólnej, intuicji i zapoznania w danym temacie. Przecież nawet i w ojczystym języku czasem nie rozumiemy wszystkich słów (a na pewno nie znamy ich słownikowej definicji!), a mimo to intuicyjnie rozumiemy przekaz w kontekście.
Po drugie, to, że znamy 72% występujących w tekście wyrazów nie znaczy, że je rozumiemy. Ja mogę wiedzieć, co osobno jest "drzeć", "z", "kimś", "koty", ale kompletnie nie pojmować, o co chodzi, gdy złożę je do kupy.

Co z tego wynika? Że warto zainwestować w te najczęściej używane tysiąc słów, to zdecydowanie ułatwi początki nauki. Przy czym proszę się nie nabierać na reklamy określające szumnie tę pomoc "metodą", mającą magicznie sprawić, że będziemy się świetnie komunikować (tym bardziej, że mówimy tu o słowie PISANYM, w którym nie dręczy nas sito fonologiczne i rytuały komunikacyjne). Chyba, że przez "naukę języka" rozumiemy "jadę na tydzień do Madrytu i potrzebuję być miłym dla tambylców", to wtedy z takich rozmówek możemy jak najbardziej skorzystać. Bo poza listą słówek najczęściej mają jeszcze zwroty grzecznościowe.



Z wyrazami szacunku
Kazik

środa, 11 listopada 2015

Mów do mnie jeszcze!, czyli...

...o tym, jak nie znosimy się odzywać w języku obcym.

Po pierwsze, obniżmy poprzeczkę - jeżeli jesteś dorosły, nie osiągniesz w kwestii wymowy poziomu native speakera. Chyba, że Twoi rodziciele postanowili zawczasu wygimnastykować ci aparat mowy i dręczyć ucho rozróżnianiem ฃ od ค, a do tego poświęcisz na to całe mnóstwów godzin, to być może wtopisz się w miejscowy tłum - tylko po co? Tak długo, jak nie planujesz kariery szpiegowskiej, perfekcyjna wymowa z idealnym akcentowaniem, intonacją że można ją śpiewać i modelowym "h" dźwięcznym nie jest niezbędna w komunikacji, a czasy, w których przyporządkowywano do danej klasy społecznej na podstawie akcentu szczęśliwie minęły. Czy śmieszy Cię obcokrajowiec, co mówi po polsku w melodii swojego ojczystego języka? Czy przestajesz go brać na poważnie, albo traktujesz jak niewykształconego idiotę? No właśnie.

Ale to przecież nie wstyd o brzmienie jest kluczowy, tylko zawartość - początki nauki obcego języka są upokarzające. Jeżeli poziom kompetencji w języku ojczystym to trampolina, a nowe narzecze to znajdujący się kilkadziesiąt metrów niżej basenik, to nagły skok wymaga sporej odwagi. Niby po wylądowaniu w wodzie nic się nie stało, ale Jeżu Słodkowodny, jaka siara, stałem na tej trampolinie i stałem, i tak idiotycznie wymachiwałem kończynami w powietrzu, wszyscy się gapili i pewnie się śmiali, nigdy więcej...

Uczucia hamujące niedzieci przed mówieniem w języku obcym nazywa się fachowo filtrem afektywnym. To przez niego czujemy się jak błazny, kiedy nagle nasze ukochane narzędzie służące do wyrażania siebie ze szwajcarskiego scyzoryka zamienia się w plastikowy nóż z co najwyżej "lubię zwierzęta, mam kota, mój kot ma cztery nogi i jest pomarańczowy". Głupio, nie? No głupio, bo gdyby nie filtr afektywny, uczylibyśmy się znacznie szybciej.

Dorośli mają tę przewagę nad dziećmi, że lepiej znają ludzi i życie. Co znaczy mniej więcej tyle, że nawet przy słabej znajomości języka są w stanie lepiej się komunikować i przy odrobinie dobrej woli prowadzić jako-taką konwersację. Dwie anegdotki: pewien obcokrajowiec nie mogąc znaleźć jajek w markecie, a nie znając na nie słowa zapytał pracownika, gdzie znajdzie "kurze dzieci". Dwie dalekie krewne, jedna znająca tylko polski, druga - francuski, prowadziły dość długą konwersację opartą na "-Piotr ça va? -Ça va! -Asia ça va? - Ça va!". Pan zjadł na kolację jajecznicę, panie miło sobie pogawędziły o rodzinie.

W 1982 badacze Asher i Garcia stwierdzili, że przy nauce zdań połączonych z ruchem (pokazywanie, odgrywanie scenek) dorośli osiągając znacznie lepsze wyniki, niż dzieci - jedynym problemem jest to, że trudno przekonać ich do takiej "infantylnej" nauki. 

Co z tego wynika? Po pierwsze, nie jesteś sam w swoim wstydzie przy mówieniu - to całkowicie naturalne i wszyscy to przechodzimy. Po drugie, 99% osób mających do czynienia z Twoją kulawą wymową nie myśli o Tobie jak o upośledzonym. 99%, bo niemal zawsze znajdzie się jakiś palant, którego niepomiernie bawią cudze (bo przecież nie jego) próby wypowiadania się, ale nie przejmujemy się nim, bo cóż, jest palantem. Po trzecie, żeby przełamać opory, trzeba zacząć mówić, mówić i jeszcze raz mówić. Gadać do siebie, znaleźć sobie sympatycznego partnera językowego, robić ćwiczenia związane z wypowiadaniem się. Nie ma co tego odkładać na później czy łudzić się, że wraz ze wzrostem innych umiejętności językowych ten problem przy okazji zniknie. 

Notkę zakończę ciekawostką: Warchoł-Schlottmann twierdzi, że "wszystkie opory można zmniejszyć poprzez podanie dorosłym alkoholu (już po wypiciu ok. 28 gramów 45% alkoholu ich wymowa znacznie się poprawiła)". Co to za ciekawostka, jak wszyscy to wiedzą, ale przynajmniej teraz możecie się przy tym powoływać na Naukę. 


Z wyrazami szacunku
Kazik



piątek, 9 października 2015

I edukacja dla wszystkich!, czyli...

...wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Hangulu! Tak, to właśnie dzisiaj w Południowej Korei świętuje się powstanie ichniejszego alfabetu. Poświętujmy i my, bo każda okazja do intelektualnej hulanki jest dobra.


Na początek nieco historii. Dawno, dawno temu Chiny były uprzejme okupować tereny dzisiejszej północnej Korei, w związku z czym do V w. n.e. Koreańczycy pisali w klasycznym chińskim. Czas mijał, chiński pisany mówił swoje, koreański mówiony chciał pisać swoje, co doprowadziło do uformowania hancha / hanja / 한자 / 漢字 - znaków sinokoreańskich, czyli Koreańczycy zaczęli dostosowywać chińskie znaki do wymowy koreańskiej. I od tego momentu zaczął się niewypowiedziany bałagan językowy, utworzyły się trzy odłamy różnorako przerabiające chiński na półtutejszy - jeden skupiał się na dostosowywaniu końcówek gramatycznych i pchał się do pisania oficjalnych dokumentów, drugi przerabiał głównie brzmienie i babrał się w poezji, a trzeci w ogóle nie mógł się zdecydować, o co mu chodzi. Bajzel straszliwy.

I pewnie Koreańczycy nie ogarnialiby systemu jeszcze długi czas, gdyby nie Sejong Wielki, czwarty król w dynastii Joseon, który generalnie ogarniał wszystko. Za swojego panowania wzmocnił wojsko, polepszył stosunki i umocnił handel z Japonią, najechał wyjątkowo upierdliwą wyspę piratów, wspierał rozwój literatury, nauki i technologii, a do tego uważał, że tak mocno zhierarchizowane i podzielone społeczeństwo ssie i na co to komu. Z trudem przepychał politykę "ważne stanowiska dla umiących, a nie dla urodzonych ze srebrnymi pałeczkami w ustach", umożliwił niearystokratom robienie kariery w państwowych instytucjach i zaopiekował się człowiekiem znikąd, Jang Yeong-silem. Yeong był geniuszem, pomysłowym wynalazcą i utalentowanym astronomem. Niestety, był też z nizin społecznych, czego wysoko urodzeni nie mogli znieść, no bo kto to widział żeby jakiś wsiok tak trzaskał matmę słyszałem że jego obliczenia mają wszy i brudno w zeszycie.

Zdecydowanie najważniejszym osiągnięciem Sejonga Wielkiego i największą przysługą oddaną społeczeństwu było wprowadzenie hangulu w 1444 roku. Znaczy, wtedy to się nazywało inaczej, hunminjeongeum, bo współczesną nazwę wprowadzono dopiero w XIX wieku. Tak czy siak, król zlecił założonemu przez siebie naukowemu instytutowi (Hall of Worthies) przygotowanie nowego alfabetu, prostego, łatwego do nauki i odpowiadającego dźwiękom wypowiadanym przez przeciętnego obywatela. Istna rewolucja!

Rozumiecie, że taki obrót sprawy nie spodobał się ówczesnej elicie. Pismo znane tylko przez tych, których było stać na wieloletnie kucie znaków i studiowanie skomplikowanego systemu przestało mieć znaczenie na rzecz zbiorku 24 pstroszków, które mógł ogarnąć byle kto. Z tego powodu nowy alfabet przez wielu był pogardliwie nazywany amgeul (암글 "pismo kobiece"), ahaegeul (아해글 "dziecięce pismo") lub achimgeul (아침글 "poranne pismo", bo takie łatwe, że można się go nauczyć w jeden poranek; właściwie ukuto to na podstawie reklamy jednego z ministrów, który powiedział, że mądry człowiek nauczy się tego pisma w jeden poranek, a głupiemu zajmie to co najwyżej dziesięć dni). Jakkolwiek arystokracja jeszcze przez długi czas upierała się używać hancha (którego zresztą do dziś można się uczyć w szkole), a sto lat później pewien tyran zakazał hangulu, nic już nie mogło powstrzymać zmian.

Dziś Sejong Wielki zdecydowanie prowadzi w koreańskim rankingu na ulubionego władcę - widnieje na jednym z banknotów, wiele instytucji kulturowych nosi jego imię, powstał o nim serial telewizyjny, zaś w 2009 roku w Dzień Hangulu na placu Gwanghwamun w Seulu odsłonięto jego prawie dziesięciometrowy pomnik z brązu, pod którym znajduje się podziemne przejście z muzeum opisującym życie władcy. UNESCO przyznaje nagrodę imienia Sejonga za walkę z analfabetyzmem, a okres jego rządów jest uznawany przez Koreańczyków za złoty wiek rozwoju kultury. Kurde, jak będę duża, to chcę być taka jak Sejong.

Zastanawialiście się kiedykolwiek nad podjęciem nauki koreańskiego? Jeżeli marzy Wam się popularny, azjatycki język, a od patrzenia na alfabety chińskie i japońskie robi się słabo w rękach, język koreański jest niezłą opcją. Alfabet został stworzony do tego, by go się błyskawicznie nauczyć, a największą przeszkodę w nim stanowią samogłoski, które europejskiemu uchu trudno rozróżnić i to im trzeba poświęcić sporo czasu. A tak, w niecałe dwa dni można przystąpić już do nauki gramatyki i czytania tekstów. Co więcej, liczne zapożyczenia z chińskiego i japońskiego, a także niektóre zasady i skomplikowana honoryfikatywność sprawiają, że nawet krótka przygoda z koreańskim może znacznie ułatwić naukę dwóch wcześniej wspomnianych.

Koreański jest coraz popularniejszy (nie ukrywajmy, k-pop sporo tu pomógł) i o materiał do jego nauki w Internecie nietrudno. TUTAJ odsyłam Was do króciutkiego kursu alfabetu autorstwa Ryana Estrada. Jeżeli akurat dzisiaj gwiazdy się tak ułożyły, że żadną miarą nie możecie zmusić się do rozpoczęcia nauki czegokolwiek, to pamiętajcie, że możecie to odłożyć na 15 stycznia, bo to wtedy swoje pismo celebruje Korea Północna.

Z okazji Dnia Hangulu życzę Wam, żebyście mieli zawsze zapał do nauki, nieutrudniony dostęp do wiedzy, otwarty umysł oraz ulubione słodycze pod ręką, bo czemu nie. Wszystkiego dobrego!




Z wyrazami szacunku
Kazik

czwartek, 3 września 2015

Pisz: anna nowak robal gmail kropka kom, czyli...

... jak potocznie nazywa się @ w różnych językach.
 
1. Polska małpka nie jest w żadnym razie osamotniona - pół Europy to małpi gaj. Wszelkich małpiszonów, małp, małpek, małpich uszu i ogonków jest m.in. w słoweńskim, rumuńskim, serbskim, niderlandzkim, szwedzkim (tu konkurujące ze "słoniowym uchem"), niemieckim, macedońskim...

2. W krajach hiszpańskojęzycznych używa się słowa arroba. Dawno temu było to określenie jednostki miary, wyjątkowo bezużytecznej, gdyż w każdym regionie arroba miała inną wartość, więc porzucono ją bez żalu.

Korzystając z okazji, zróbmy mały przerywnik w temacie hiszpańskich form w środowisku queer. Jak wiecie, w języku hiszpańskim coś jest albo męskie, albo żeńskie, rodzaj nijako neutralny istnieje zaledwie szczątkowo. Jak obejść w takim układzie płciowe szufladkowanie? Początkowo stosowano "-o(a)", tudzież "-o/a" (przykładowo: simpatico(a), simpatico/a), jednak sami widzicie, jakie to nieekonomiczne, już nie mówiąc o wątpliwościach, dlaczego końcówka męska jest pierwsza, a żeńska jest takim dodatkiem. Ta forma obecnie wypierana jest właśnie przez znak arroba: simpatic@, co czyta się jako dyftong "ao". Czasem można natknąć się na wersję z "x" (simpaticx), czytane jako "ks" - mniej popularna ze względu na miejscami niewygodną wymowę, jak w podanym przykładzie. Proponuje się, żeby @ nie tylko utworzyło formę neutralną, ale i wpłynęło na liczbę mnogą w przypadku, gdy mówimy o grupie złożonej z kobiet i mężczyzn. Obecnie taką funkcję spełnia rodzaj męski, przykładowo: "los alumnos simpaticos" (sympatyczni uczniowie, może sami chłopcy, może i dziewczyny) miałoby zostać przekształcone w "l@s alumn@s simpatic@s".
Oczywiście to tylko ciekawostka językowa ukazująca, jak interesująco można rozwijać język i dostosowywać go do zaistniałych potrzeb - na chwilę obecną stosowanie @ w ten sposób nie ma racji bytu w oficjalnym hiszpańskim (a przeciętny Juan uzna to za cudaczną fanaberię) i słusznie dostaniecie punkty minusowe za próbę bycia progenderowym na teście.
Jeszcze jedna uwaga: niektórzy kombinują tak, by do osoby queer zwracać się ello lub eso. Owszem, to są te wspomniane szczątki formy nijakiej, jednak używa się ich wobec przedmiotów, zwierząt i form abstrakcyjnych - jeżeli powiecie tak do osoby, będzie to po prostu obraźliwe (coś jak mówienie w polskim o transwestytach "to coś"). NIGDY tego nie stosujcie, chyba, że chcecie być złośliwymi chamami, to droga wolna.

3. Jak każdy Internauta wie, Internety są środowiskiem naturalnym kotów - pewien zagrożony gatunek zamieszkuje fińską pocztę. Początkowo @ nazywano kissanhäntä - "koci ogon", później najpopularniejszym określeniem było miukumauku - cudaczek językowy naśladujący kocie miauczenie. Osobiście wydaje mi się urocze, jednak obecne pokolenie Finów uważa to za trochę przypałowe i słusznie odchodzące w zapomnienie.

4. Ślimole i inne robale. Choć nazwa ślimaczek wydaje się nasuwać sama, wpadły na nią tylko dwie (dobra, ja się do dwóch dokopałam) nacje: Koreańczycy (골뱅이 - golbaengi) i Włosi (chiocciola). Hipsterskie Węgry oczywiście nie mogły jak sąsiedzi nazywać @ małpą, więc sobie umyślili, że będzie to kukac - "robak". 

5. I mały fragment spisu reszty zwierzyńca:
Grecja: παπάκι papaki - kaczuszka 
Grenlandia: aajusaq - coś, co wygląda jak 'a'
Czechy & Słowacja: zavináč - rolmops
Tajwański: xiao laoshu (小老鼠) - myszka

6. Na koniec warto wspomnieć, że - jak to ze slangiem, zwłaszcza okołoinformatycznym - bywa, większość tych określeń odchodzi w zapomnienie, ustępując miejsca prostemu, międzynarodowemu "at" (względnie "et" i podobnym fonetycznym wariacjom). Albo od początku się zagnieżdżało (jak w hindi czy perskim), albo już zajmuje miejsce wygiętych literek czy zwierzaków (jak w fińskim). W sumie chyba jednym językiem, który świadomie odrzucił propozycję nazwania @ jako "at", jest turecki, jako że tak nazywa się konia (zamiast tego mówią kuyruklu a - "ogonkowe 'a' ", albo kulak - "ucho"). 

Z wyrazami szacunku
Kazik

środa, 22 kwietnia 2015

Szach-mat rydwanem, frajerze!, czyli...

... o szachach po chińsku słów kilka.

[Notka dedykowana jest Raptorowi, studentce sinologii w stolicy naszego pięknego kraju, która pochyliła się nad jakością merytoryczną tego wpisu. Bardzo dziękuję jej za uwagi i poświęcony czas (bo temat długo za mną chodził, więc co rusz dopytywałam się na zaś jakiś drobiazgów), a Was proszę, żebyście pomyśleli o niej ciepło i z respektem - Raptor dostała właśnie stypendium na wyjazd do Chin i będzie się przez rok bujać w Nankinie. Zasłużyła!]

Ach, szachy. Bezkrwawa, elegancka wojenka na drewnianej planszy pozwalająca poczuć się jak prawdziwy generał, minus zwłoki niewinnych, zniszczone życia i medale. 


W szachy nauczył mnie grać mój dziadziu, mamiąc mnie wizją pięćdziesięciu złotych w wypadku wygranej (figa z makiem, zawsze dostawałam bęcki - widać grał znaczonymi), on też zapisał mnie na dwa kółka (oba się rozleciały) i wręczył pierwszy podręcznik do nauki gry. Piękne wspomnienia. Dziś, niestety, w szachy gram tylko z komputerem, lubię też rozwiązywać problemy szachowe (jak jakieś macie, to się podzielcie, wbrew pozorom trudno je znaleźć!). Jest to rozrywka przyjemna, spokojna, ćwicząca koncentrację i dobrze się przy niej wychodzi na zdjęciach. Nawet (zwłaszcza?), jak są to szachy rozbierane.

Dzisiaj jednak odłóżmy europejską wersję na półkę i przyjrzyjmy się pod względem lingwistycznym jego wschodniemu odpowiednikowi - 象棋 Xiàngqí, czyli szachom chińskim. 

 
Plansza i piony do Xiàngqí
Jeżeli jakoś niemrawo ostatnio idą Wam partyjki w Klubie Dżentelmena i Damy, zwycięstwa nie przynoszą już takiej intelektualnej satysfakcji, a niegdyś zaskakujące posunięcia lorda Berkeleya stały się nużące i przewidywalne, to serdecznie polecam spróbować Xiàngqí - forma podobna, a nowe figury i zasady z pewnością dostarczą zabawy przez urozmaicenie. 
Jak widzicie, plansza powyżej ma dwa elementy, z którymi nie spotkamy się w europejskiej wersji - pierwszym z nich jest pas ją przecinający. To rzeka Czu (楚河, patrz lewa strona planszy), której nie mogą przekraczać słonie, zaś dzielni piechurzy po przedarciu się przez nią uczą się nowego ruchu. Te dwa kwadraty po przeciwnych stronach to pałace (gōng), w których urzęduje królogenerał z doradcostrażnikami, żaden z nich nie może opuścić swojej siedziby, w przeciwieństwie do europejskiego króla, któremu jak się zachce, to może sobie dostojnym krokiem oglądać włości swoje i nieswoje na całej planszy. Kogo zainteresował temat, zachęcam do zapoznania się z zasadami, my przejdziemy do pionów. 

Jeżeli przyjrzycie się powyższej ilustracji, zauważycie, że nie wszystkie znaki pionków czarnych odpowiadają czerwonym. Co u licha? Dla urozmaicenia zabawy każda strona ma różne figury? Heh, tak jakby. Z tego co widzę, powyższa wersja i tak jest uproszczona, jednak w oryginalnej większość tych samych figur brzmi niemal tak samo, choć różnią się zapisem, a znaczenia pozostają podobne. Oznacza to, że nim zaczniecie zabawę, musicie wpierw jako-tako zapamiętać dwa zestawy różnych znaków, żeby ogarnąć, co się właściwie dzieje na planszy. Można trafić na wersje, w których piony oznaczone są obrazkami lub przybierają postać figurek, jednak jest ich stosunkowo mało, trudno do dostania, wszelkie aplikacje też trzymają się standardowej wersji i nie marudźcie. 

Legenda: znak tradycyjny/znak uproszczony 

1. / shuài  -  將 /  将 jiàng, czyli "marszałek" (choć bez kontekstu militarnego znaczy "przystojny") i "generał". 
Jednocześnie najważniejsze i najbardziej bezużyteczne piony w grze - rozgrywka kończy się wraz z zaszachowaniem któregoś z nich, nie mogą wyjść z pałacu, więc owszem, biją po pionowych i poziomych liniach, ale tylko tych, co weszli im na teren prywatny. Szefowie wrogich wojsk nie znoszą się tak bardzo, że nie mogą stać w tej samej linii, chyba, że inny pion stoi pośrodku i zasłania im widok na siebie.

2.  / - 車 / 车, wszystkie czytać chē, czyli "rydwan wojenny". Współcześnie zarówno tradycyjny, jak i uproszczony znak oznacza "samochód". Porusza się jak wieża w naszych szachach.


Jeden z sześciu rydwanów wydobyty na wykopaliskach w Yin. Dla ciekawych, więcej do poczytania TU.
 3. - 砲, formy uproszczone równają się tradycyjnym, czyta się tak samo: pào, przy czym pierwszy znak oznacza "armata", drugi - "katapulta". Jedna z ciekawszych nowinek, gdyż przemieszcza się jak rydwan, ale by zbić wrogiego piona, musi stać pomiędzy nimi inna figura, którą  armata przeskakuje. 


4.   / - 馬 / 马, formę uproszczoną czytać jako mǎ, czyli "rycerz" i "koń", przy czym współcześnie znak 傌 znaczy "ochrzaniać, wyzywać". Kuń jak to kuń, najpierw przemiesza się po prostej na sąsiednie pole, następnie o jedno pole po skosie. Jest to o tyle ważne, że w przeciwieństwie do naszego skoczka, 马 nie kangur i nie może przekicać nad torującymi mu drogę pionami. Zablokowanie tego piona nazywa się 蹩馬腿 bié tuǐ, czyli, hm, "okulawieniem końskiej nogi". 

5. - , oba znaki jako xiàng - "minister" i "słoń" (chiński jest dziwny, więc oba znaki mogą być odczytywane współcześnie jako "portret" lub "wygląd"). Nasz słoń bojowy to długonogie stworzenie, toteż przemieszcza się aż dwa pola na ukos. Niestety, choć brzmi imponująco, słonie są ograniczone do jednej połowy planszy, jako że nie mogą przekraczać rzeki. To znaczne zawężenie pola manewru sprawia, że ten pion stosunkowo szybko zostaje zablokowany. Pewnie dlatego ma wartość ledwo dwóch punktów (dla porównania: armata jest warta pięciu punktów, wieża - dziewięciu, żołnierz-nowicujsz - jednego). 

6. - 士, oba jako shì, "oficer" i "doradca", stoją po lewicy i prawicy każdego generała i są równie przydatni jak oni - siedzą w pałacu i mogą się przemieszczać tylko jedno pole na ukos. Się nabiegają...

7. bīng - , "żołnierz" i "szeregowiec", nasze mięso armatnie. Nowicjusze ograniczeni są do jednego ruchu do przodu, jednak weterani, którzy przekroczyli rzekę i znajdują się na terenie wroga, zyskują możliwość bicia i poruszania się o jedno pole na lewo i prawo. Niestety, kto się urodził żołnierzem, ten nim zostanie - po dotarciu do krawędzi pion nie zmienia statusu. Smutne i życiowe.

BONUS
1. Co, za dużo trzeba myśleć? Ciągnie się ta wojenka niewiadomo ile? Brakuje Wam tego dreszczyka niepewności, zdania się na ślepy los? Zróbcie rewolucję, wywalcie pionki na drugą stronę i zagrajcie w Banqi, znane też jako 暗棋 àn ("ukryte szachy", "szachy w ciemności") lub 盲棋 máng ("ślepe szachy"). W tej wersji na jednej połowie planszy do Xiàngqí kładziemy losowo wszystkie piony, tyle że odwrócone znakami do dołu. Są trzy rodzaje ruchów: odsłonięcie piona, przemieszczanie i bicie. Zależnie od wersji, w pionkach liczą się tylko kolory, bo wszystkie poruszają się tak samo, albo ruchy poszczególnych figur są przekopiowane z Xiàngqí i lekko zmodyfikowane na potrzeby gry, tudzież ustala się, które piony mogą być bite przez które figury (np. w tajwańskiej wersji katapulty nie mogą zbić żołnierzy, a żołnierze jako jedyni mogą pojmać generałów). 

Banqi, tutaj z niewiadomych powodów rozgrywane na planszy przedzielonej pionowo, miast poziomo, przez co rzeka niepotrzebnie zawadza.

2. Koreańskim wariantem Xiàngqí jest Janggi 장기. Podstawową różnicą jest brak rzeki, dzięki czemu żołnierze mają na starcie możliwość przemieszczania się na boki, zaś słonie stają się maszynami zagłady siejącymi zniszczenie jak rozwścieczone olifanty. W Południowej Korei zmienia się też nazwa generałów na hàn i 楚 chŭ. Jest to historyczne odniesienie do chińskiego Okresu Walczących Królestw, kiedy to m.in. dwa państwa Han i Chu walczyły o dominację. W Północnej Korei generałowie mają te same znaki, co piony chińskie.

I jak, zachęceni choć ciupinkę? To bardzo przyjemna forma spędzania wspólnie czasu, na spokojnie, bez pośpiechu, najlepiej delektując się ładną pogodą w parku. Już nie mówiąc o tym, że łączy przyjemne z pożytecznym - gra w szachy poprawia pamięć, ćwiczy koncentrację, uczy analizy, zmusza do roboty obie półkule mózgowe, a także poprawia szybkość czytania. To jak, partyjkę?


Z wyrazami szacunku
Kazik

czwartek, 16 kwietnia 2015

Miesiąc perły, czyli...

...miesiące po fińsku.

Nie przepadam za nauką nazw miesięcy. Niby fakt, że często mają jedno źródło ułatwia życie, gdy idzie o bierne tłumaczenie, z drugiej stronu - gdy trzeba się ich samemu nauczyć, podobieństwo zaczyna się zlewać i robi się mnóstwo małych przekręceń. No ale oczywiście ten problem nie dotyczy hipsterskiego fińskiego. Fińskie miesiące po krótkim riserczu łatwo opanować, bo po pierwsze - wszystkie kończą się na kuu oznaczające "księżyc/miesiąc", a po drugie - ich pierwsze człony to wyrazy wyraźnie kojarzące się z danym okresem. Zresztą, sami zobaczycie.

Jednak chwilowo krótki przerywnik, zanim wygrzebiecie z plecaków swoje kalendarzyki. Na stronie Siida - Sami Museum poświęconego kulturze Samów (ludu zamieszkującego Laponię, czyli północne tereny Norwegii, Finlandii, Rosji oraz Szwecji) znalazłam informację, że "kuu" to także regionalne określenie tłuszczu renifera.
Swoją drogą, z ubitego renifera nic się nie marnowało - natychmiast gotowano mięso z grzbietu i język oraz smażono na patykach podzieloną na kawałki wątrobę (polecam ten pomysł na przekąskę na kolejne ognisko, ile można żreć kiełbasę). Mięso suszono bądź mrożono, kości szły na zupę, krew zbierano i przechowywano w reniferzym żołądku. Zdziwiło mnie nieco, że renifery dojono tylko w jesieni, ale nie doszłam do informacji, dlaczego.

Dobra, do rzeczy.

1. Styczeń - taamikuu
Na początku będzie podchwytliwie. Współcześnie taami to "dąb", jednak dawniej było to słowo na "środek", "centrum". Styczeń jednocześnie kończy i rozpoczyna rok, więc jest swego rodzaju jego osią... Wiele osób kombinuje ze współczesnym znaczeniem i dopisuje teorię, że w styczniu ścinano dęby na opał, ale to taka sama ludowa etymologia, jak Częstochowa, co znika co chwila za górami.

2. Luty - helmikuu 
Bardzo poetycko - "miesiąc perły", tylko co to do cholery znaczy. Najprawdopodobniej chodzi o miłe dla oka zjawisko, kiedy to śniegi nieco na gałęziach topnieją i szybko ponownie zamarzają, tworząc zamrożone krople faktycznie wyglądające jak lodowe perły.

3. Marzec - maaliskuu
Maa samo w sobie oznacza "ziemię", jednak nazwa miesiąca to skrócona wersja maallinen kuu - "ziemnego miesiąca", kiedy to wreszcie śniegi nieco odpuszczają i można tu i ówdzie zobaczyć kawałek pola.

4. Kwiecień - huhtikuu
Oh boy. Nie mam pojęcia, czy mamy na to odpowiednik w języku polskim - huhta to czasownik oznaczający oczyszczanie i wypalanie terenu przeznaczonego na uprawę. Nie znam się na rolnictwie jakimkolwiek, a tym bardziej fińskim, więc jeśli ktoś coś kojarzy z terminologii związanej z  wiosennymi porządkami na polskiej wsi, niech da znać.

5. Maj - toukokuu
Uff, wreszcie z górki - touko to siew, a także imię męskie.
BONUS: Jeżeli wstukacie w Google Grafika samo "touko", wyskoczą Wam tylko fanarty z bohaterką "Pokemon: Black & White" (w angielskiej wersji ochrzczona Hildą). Jeżeli dodacie "finnish", zostaniecie zalani gejowskimi rysunkami niejakiego Touko Laaksonena, znanego bardziej jako Tom of Finland - rysownika specjalizującego się w homoerotycznych ilustracjach, których bohaterowie (jeżeli coś już na sobie mają) ubrani są w charakterystyczną, skórzaną kurtkę i czarne spodnie.
Nie wiem, co trzeba wpisać, żeby zobaczyć, jak ktoś obsiewa pole.

6. Czerwiec - kesäkuu
Ponownie zaskoczenie - kesä oznacza "lato", jednak dawniej na tę najwspanialszą z pór roku istniały dwa określenia: suvi i kesä właśnie, przy czym to drugie częściej było używane w znaczeniu pola uprawnego. Z biegiem czasu kesä wyparło suvi, które dziś jest regionalizmem i niezbyt popularnym imieniem żeńskim.

7. Lipiec - heinäkuu
Tu na szczęście bez komplikacji -  heinä to po prostu "siano". Z przyjemnością donoszę, że dalej będzie już tylko z górki.

8. Sierpień - elokuu
I tu obeszło się bez podstępów: elo to stara nazwa na "plony".

9. Wrzesień - syyskuu
Przestarzałe określenie jesieni, która współcześnie nosi nazwę syksy. Tu się nie bardzo popisali kreatywnością.

10. Październik - lokakuu
Połowa jesieni, robi się szkaradnie, zimno i deszczowo, a świat zaczyna tonąć w loka - błocie.

11. Listopad - marraskuu
Tutaj wyłazi coś bardzo fińskiego, czyli narodowy pesymizm. Marras to archaiczna, poetycka nazwa śmierci. Ja rozumiem, że patrzenie, jak wszystko szarzeje i obumiera jest przygnębiające, ale dajcie spokój - wyobrażacie sobie, żeby po październiku przychodził liściośmierć? Albo wszystkopadło?
Choć pewnie niejeden fiński metal zaciesza, że obchodzi urodziny w Śmierciomiesiącu. Niech ma.

12. Grudzień - joulukuu
Zanim chrześcijaństwo przywędrowało do Finlandii jak zwykle uszczęśliwiać na siłę, grudzień to był po prostu talvikuu - miesiąc zimy i wszyscy byli zadowoleni. Wraz z nową religią przyszły i obchody Bożego Narodzenia, w Finlandii znane jako Joulu. Jest to też nazwa funkcjonująca jako nasz "świąteczny", "bożenarodzeniowy", i jest przyczepiany do czego tylko się da, a ma choć minimalny związek ze Świętami - jouluolut jest piwo sprzedawane w tym okresie, joulupukki jest kozo-Mikołaj przynoszący prezenty, joulusuklaa jest wypaśna czekolada na prezent, wszystko, wszystko, WSZYSTKO w tym czasie dostaje "joulu" jako przedrostek, to i z rozpędu cały miesiąc tak przemianowali. 
Same fińskie nazwy świąteczne i kozo-Mikołaj to temat na odrębną notkę i opowiemy o nich innym razem. 

BONUS: PIĘĆ MINUT GŁASKANIA I DRAPANIA ZA UCHEM EGO KAZIKA
Kochani! Widzę, że zbieracie się już do wyjścia, ale proszę, zostańcie jeszcze chwilkę i wraz ze mną pocieszcie się moim małym sukcesem. Otóż uprzejmie donoszę, że wreszcie udało mi się zebrać na Duolingo ponad dziesięć tysięcy punktów! 


Przede mną jeszcze mnóstwo pracy, ale cieszę się, że ciągle idę do przodu, choć sprawa czasem wygląda beznadziejnie - wierzę, że pewnego dnia to wszystko przyniesie dobre owoce. A tymczasem...



Z wyrazami szacunku
Kazik

niedziela, 15 lutego 2015

Ptaszarnia Językowa, czyli...

...Koliber i Sowa najlepszymi przyjaciółmi poligloty.

Ostatnie spotkanie z Buusu było dość rozczarowujące, czyż nie? Zobaczyliśmy ceny w menu, złapaliśmy się za portfel i serce, zjedliśmy darmową bagietkę na stole, wymknęliśmy się na chwilę do toalety i nigdy nie wróciliśmy - choć ludzie przy sąsiednich stolikach byli w porządku, dalej jesteśmy głodni. A co powiecie na "Antosch & Lin"? Może ten surowy, skandynawski wystrój nieco odstrasza, ale koliberek w logo wygląda sympatycznie, no i to menu!...

Podstawą strony jest baza słownictwa - użytkownik może je wyszukiwać lub przeglądać według tematyki, a następnie dodawać do swojej puli. Żeby było wygodniej, zwykle do wybranego słowa dołączone są przykładowe zdania rozłożone na części, wyrazy mają podaną wymowę, inne znaczenia, znaczenie występujące w tym konkretnym kontekście oraz linki przekierowujące do interesującej nas części składowej zdania.

Gdy zbierzemy interesujące nas fiszki, możemy przejść do ćwiczeń - a jest w czym wybierać! Możemy trenować wybierając jedno z podanych tłumaczeń, wpisać je, podawać odpowiedzi na czas, odtwarzać nagrania, wstawiać brakujące wyrazy, przeglądać. Pod presją czasu, na spokojnie, ustawiając automatyczne odtwarzanie, wybierając poziom słownictwa, ćwiczyć same słówka lub całe zdania, segregować, jak często wybrany wyraz ma się pojawiać. Po lewej stronie system podaje w procentach, ile wyrobiliśmy dziennej dawki pakowania mózgu i jaki jest nasz obecny poziom biegłości językowej.

Atrakcji jest więcej. Mamy także dostęp do czytanek posegregowanych według stopnia zaawansowania czy tematu. Można także pisać eseje - nie wiem, jak ten system działa, dotychczas korzystałam tylko z podpowiadanych tematów, bez wysyłania moich wypocin. Świetny jest newsletter - można wybrać, czy chcemy dostawać świeżutką porcję słówek na wynos codziennie, a może co tydzień, czy zostaną wprowadzone automatycznie do naszej puli, czy zrobimy to ręcznie. Jeżeli gubimy się w gąszczu możliwości i ustawień, możemy zapoznać się z filmikami objaśniającymi poszczególne funkcje.

Podejrzliwie patrzycie na bilet wstępu, szukając drobnego druczku - a to psikus, bo nie ma żadnego haczyka na Wasz portfel! Wbijajcie! To wszystko za darmo! Oczywiście, są także dodatki - jednak nie jest to zbójecka praktyka z tej samej kategorii, co DLC, ale dodatki-dodatki. Największym smakołykiem są nagrania, faktycznie dobrej jakości (choć zdarza mi się je odtworzyć za darmo, ale nie wiem, od czego to zależy), dalej uzyskujemy możliwość wprowadzania własnych słówek i modyfikowania swoich fiszek (np. dodawanie innych znaczeń), rozbudowane ustawienia newslettera oraz otrzymujemy e-book ze wskazówkami, jak lepiej się uczyć. Konto Premium kosztuje 7/8 dolarów miesięcznie.

Coś fantastycznego, no nie? Co prawda nie ma sekcji gramatycznej, jedynie ewentualne wskazówki przy poszczególnych słówkach, ale z połączeniu z innymi materiałami Antosch & Lin może być ogromną pomocą dla samouków. Dużo ćwiczeń, zróżnicowana baza słownictwa, tworzenie kompletu fiszek, a to wszystko za darmo. Obecnie dostępne języki to chiński, duński, niderlandzki, francuski, niemiecki, włoski, japoński, koreański, portugalski, rosyjski, hiszpański, szwedzki i tajski dla osób anglojęzycznych - nie ma żadnych ograniczeń, możecie uczyć się wszystkich naraz. Nic Wam się nie podoba z tej oferty? Pomijając już, że grymasicie, na stronie startowej znajduje się formularz, w którym można zasugerować, jaki kolejny kurs powinien zostać wprowadzony. Kto wie, może w przyszłości na stronie pojawi się wybrany przez Was język?...

Czy maskotki Duolingo i Antoscha & Lina są przypadkowe? Sowa nie dość, że stereotypowo mądra, to w Japonii przynosi jeszcze szczęście. Z kolibrem na rzecz błyskotliwego nawiązania trzeba się będzie bardziej nagimnastykować, bo w kulturze południowoamerykańskiej jest kojarzony ze zmartwychwstaniem, posłannictwem bogów i krwawymi ofiarami - można to jakoś patetycznie powiązać z nauką języków... W każdym razie, to ptasie maskotki patronują dwóm naprawdę wysokiej jakości serwisom poliglotycznym. Reszta zależy od Waszej pracowitości! Powodzenia!
  
Z wyrazami szacunku
Kazik

PS Uprzejmie donoszę, że Antosh & Lin przechrzcił się na Learn With Oliver.

czwartek, 27 listopada 2014

HOT or NOT, czyli...

...powrót po latach do początków lingwistycznego hobby.

DuoLingo nie było pierwszą stroną, na której codziennie pakowałam język - powiedzmy, że moją przedmową do wkroczenia na ścieżkę poliglotyzmu było Busuu. Tam poznałam pierwsze hiszpańskie słówka i nawiązałam rozmowy w obcych narzeczach. Zbierałam jagódki, poprawiałam teksty osób uczących się polskiego, wszystko było pięknie i ślicznie, jednak w pewnym momencie zaprzestałam - już nie pamiętam, czy miałam kryzys w nauce, ale na pewno zmęczyła mnie ilość materiałów przeznaczonych dla VIPów i bzdetne animacyjki do ogródka wyświetlającego się na profilu, które po prostu swoją ilością irytowały.

Naszła mnie nostalgia i po latach odkurzyłam swoje konto. Czy strona zmieniła się na lepsze?

CO JEST "HOT":
 Czat z nejtiw spikerami. Na Busuu jest masa chętnych do konwersacji i świadomych, że jesteśmy tu głównie po to, by się uczyć (kiedyś rozmowa z nejtiwem na temat obrazka była ćwiczeniem koniecznym do ukończenia działu). Czat udostępnia różne dziwne klawiatury oraz grzecznościowo-dyskusyjne zwroty w wybranym języku. Jeżeli nie masz ochoty na pogaduszki, możesz oczywiście zmienić status profilu.
 Jasne, że na czatach zdarzają się i dziwacy - pięć lat temu plagą byli arabscy użytkownicy, którzy zaczepiali młode panny i zachęcali je do rozpoczęcia gorącego romansu (jeden mi nawet proponował, że opłaci mi bilet lotniczy i będzie mnie utrzymywał przez cały pobyt). Obecnie na takich amantów nie trafiłam (może jestem za stara?) i stwierdzam, że busosowski czat to najlepsze, co ta strona ma do zaoferowania.

Zadanka domowe. Zarejestrowani mają możliwość wykonywania ćwiczeń pisemnych, które następnie poprawiają i oceniają inni użytkownicy. Pomysł fajny, na pewno zmusza do tego, by na chwilę przysiąść i pomyśleć. Gorzej, że prac jest wiele, ale korektorów mało, więc co rusz będziesz dostawać od strony powiadomienie, że X napisał pracę w języku Y, nie bądź świnia i popraw (co z tego, że nie uczysz się akurat tego narzecza). Byłam na stronie ledwo dwie minuty, i już dostałam pięć takich zleceń.

Dobrzy lektorzy. Nagrań dźwiękowych jest dużo, są czytane czysto i wolno (czasami wręcz za wolno).

CO JEST "NOT":
 Układ strony. To niewiarygodne, ale już wcześniej średnio czytelne Buusu stało się jeszcze mniej intuicyjne. Nie wiem, może nowi użytkownicy dostają jasną instrukcję na dzień dobry i nie mają żadnych problemów z poruszaniem się po serwisie, ja jednak mam z tym spore problemy. Dlaczego zniknęło drzewko nauki, które w swojej prostocie budowy cepa pokazywało, na jakim jesteś poziomie i które lekcje przerobiłeś?

 VIPowski dywan. Wiadomo, nic w życiu nie ma za darmo, i nie mam problemów z tym, że strony językowe blokują część treści z myślą o zarobku. Rzecz w tym, by rozdzielić to tak, by użytkownicy z wężem w kieszeni nie czuli, że zjadają ochłapy. Busuu nie tylko rzuca ochłapy, ale jeszcze podbiera je z miski.
 Kiedy zaczynałam swoją przygodę z tym serwisem, także była zawartość "Premium" - dotyczyła ona większości lekcji gramatycznych oraz nagrań przykładowych zdań w ćwiczeniach (był sam tekst). Rzecz jak najbardziej do przeżycia. Co mamy dziś? Hiszpański A1, lekcja 3: "Where?" zawiera pięć części. Słówka i ćwiczenie z pisania są darmowe, dwa zagadnienia gramatyczne i "voice speaking" są dla właścicieli profili z przyciemnionymi szybami. Sprawdzam słówka, na plus stwierdzam, że lektor przy zdaniach jest teraz dostępny dla przeciętnych śmiertelników, ćwiczenie z tekstem nie jest już odrębnym segmentem, a zostało wcielone do poznawania słówek (został także uszczuplony, zniknęły pytania do tekstu). Uwaga uwaga, teraz najlepsze: niegdyś darmowy test sprawdzający przyswojenie materiału jest P Ł A T N Y.
Rozumiem całą resztę, rozumiem, że czerwony dywan jest rozkładany przed gramatyką, nagrywaniem wymowy, esejami pisanych na temat obrazków/filmików, aplikacją mobilną, dostępem do nauki więcej niż czterech języków, kursem "Travel"/"Business" (cokolwiek by to nie było), bankiem słownictwa, materiałem ze strony na PDF, końcowym egzaminem udowadniającym, że ablujesz na poziomie A1 i innymi. Ale że zablokowano kręgosłup lekcji, mini-test pozwalający się sprawdzić!... Wow. Po prostu wow.
 Może histeryzuję i się czepiam. Wiele stron językowych wymaga w zasadzie niewielkiej opłaty za pełny dostęp, może więc warto wyłooWHAAAAAT?! 300 złotych za rok nauki?! 500 zł za dwa lata?! 60 zł za miesiąc?!
To...! To...! ...To bardzo dużo monet. Bardzo dużo jak na serwis z reklamą "Ucz się języków przez internet zupełnie bezpłatnie!".

Cześć, wychodzę, piszcie do mnie na Berdyczów drobnym pismem i bez znaczka. Może i pięć lat temu Busuu było świetną stroną dla poliglotów bogatych w chęci i pracowitość, dzisiaj to sensowna zabawa tylko dla bogatych - a i tak, gdybym miała luzem latające po kieszeni trzysta złociszy, wolałabym je zainwestować w kurs języka obcego, gdzie moją pracę będzie sprawdzać wykształcony ku temu pracownik, a nie inni użytkownicy-amatorzy (jeżeli im się będzie akurat chciało). Jedyna rzecz, dla której warto mieć tam konto, to czat.

Skoro jesteśmy w temacie rozczarowania stronami do nauki języków obcych, sięgnijmy po lepsze pod niemal każdym względem Duolingo. Wykluł się wreszcie tak długo oczekiwany szwedzki! Wykluwał się i wykluwał, przez jakieś dwa tygodnia datę otwarcia kursu przekładano na dzień następny, wreszcie wygramolił się z tej skorupki. Niestety, rzecz jest jeszcze niedopracowana - lektor jest okropny (duża wada zważywszy na fakt, że wymowa szwedzka jest bardzo trudna i nieregularna!), nie ma specjalnych znaków przy wpisywaniu odpowiedzi. Zaczynam trzeci szczebelek, merytorycznie jest na razie w porządku (choć wyjaśnienie "a/the" mogło pojawić się wcześniej).

Z lepszych wieści: w będącym w stanie beta irlandzkim lekcje zostały uzupełnione o nowe słówka, w pierwszej połowie grudnia pojawi się turecki - miejmy nadzieję, że bez opóźnień i z lepszym startem niż skandynawskie narzecze. Tuż za nim węgierski (także przewidywany na koniec tego roku), niespodziewanie pojawiło się błyskawicznie rozwijające esperanto (luty 2015). Powolutku rozwijają się rosyjski (za dokładnie rok!), ukraiński, polski i rumuński. Nadwiślańskiej mowy będzie się można uczyć już w 2021...

Z wyrazami szacunku
Kazik

piątek, 14 listopada 2014

Morduj jak na panienkę przystało, czyli...

...kawaii~! narzędzie zbrodni.



W 2013 koreański odpowiednik TeleMango podbił rynek nowym produktem - "장미칼". Cóż to według reklamy był za nóż, ach! Tnie jak miecz świetlny, a o ile bardziej stylowy i tańszy! Skórka ananasa? Żaden problem! Mięso z kością? Jak przez masło! Cuma okrętowa? Dawajcie ją tu! Stalowa rura? Można przeciąć w locie! Melony, drewno, diamenty, Saracena na koniu, wszystko przecina jednym zgięciem nadgarstka z gracją księżniczki. I to wszystko za nędzne 29,900 wonów!

Jak to z cudami telemangowymi bywa, szybko znalazło się grono niedowiarków i heretyków. W Internecie pojawiły się głosy, że ten cały "장미칼" znowu tak fantastycznie nie przecina, na jedzeniu zostają fragmenty ozdobnego wzoru i generalnie szkoda pieniędzy. Tematem zainteresował się ichniejszy Uwagopogromcomit, szumnie reklamowane ostrze z niemieckiej stali 420J2, używanej do produkcji cholernie drogich garnków i narzędzi chirurgicznych, okazało się nie być lepsze jakościowo od normalnych łyżek (produkująca ją firma POSCO wystosowała oświadczenie w tym temacie, ale nie wyciągnęła konsekwencji prawnych).

Dobra, ale dlaczego właściwie Wam o tym piszę? Bo jestem skończonym ćućmokiem i przez dobre pół dnia byłam święcie przekonana, że widzę fantastyczną grę słowną tam, gdzie jej nie ma *tu miejsce na ironiczne, niemrawe oklaski*. Nie szkodzi, zawsze to świetna okazja, by łyknąć ze dwa koreańskie słówka.

장미칼 /jangmikal/ to po prostu połączenie słów "장미" /jangmi/ - "róża" i "" /kal/ - "nóż". Mam nadzieję, że dzięki tej historyjce lepiej się zapamięta!


"Rose Knife" zrobił swego czasu zawrotną karierę w memowym zakątku koreańskiego Internetu, a najczęstszym motywem było przerobienie broni postaci mających umiłowanie w nożach i potężnych mieczach
 Z wyrazami szacunku
Kazik


czwartek, 17 lipca 2014

Nanananana, lesbiiiiijkaaaa!, czyli...

...komiksowi bohaterowie językiem Finów.

Fińska nacja ma eleganckie osiągnięcia na polu czystości językowej, na których widok Francuzom łzawią oczy, a Turcy uchylają z szacunkiem kapelusze. Wymyślanie własnych odpowiedników dotyczy nie tylko nazw zagranicznych wynalazków, ale i imion.

Załóżmy, że będąc w Finlandii, naszłaby Was nieopanowana potrzeba obejrzenia komiksów z kaczorem Donaldem. Nie władając ni lokalnym narzeczem, ni angielskim idziecie do kiosku z nadzieją, że uda się Wam dogadać za pomocą słowa "Donald" i magii gestykulacji. Marne szanse! W Finlandii Donald został przechrzczony na "Aku" - Aku Ankka. Podobnie wygląda to u Szwedów (Kalle Anka) i Duńczyków (Anders And).

Czerwcowy numer fińskiego "Kaczora Donalda". Ech, mój numer sprzed sześciu lat kosztował jeszcze dwa euro!

Hämähäkkimies, Lepakkomies, Teräsmies... Jak to, nie poznajecie najsłynniejszych komiksowych superherosów? Kolejno: Spider-man, Bat-man oraz Superman - dwaj pierwsi są przełożeni dosłownie, teräsmies znaczy "człowiek-stal".

Uważajcie na nietoperza w Finlandii! Lepakko jest także kolokwialnym określeniem lesbijki. Ponoć wzięło się to z problemu z wymową słowa "lesbian" (w fińskim alfabecie nie figuruje "b"), które siłą rzeczy zniekształcono, co przypominało swojskiego gacka. Nie jest to określenie wulgarne, ale też nie jest miłe (odpowiednik naszej "lesby"), więc raczej wstrzymajcie się w jego używaniu. 

Wzór na koszulkę ze sklepu internetowego "Moscas de colores", oferującego odzienie z nadrukami zawierającymi hasła z "gejowskiego słownika" i ikonografiki nawiązujące do nich.


Z wyrazami szacunku
Kazik

piątek, 25 października 2013

No i czemu tak buczysz, czyli...

...daj buzi, kwiatuszku!

 Jaki jest koliber, każdy widzi - małe toto, kolorowe i kochane, i niemal wszędzie nazywa się tak samo. Nazwa pochodzi prawdopodobnie od jednego z języków karaibskich, którą to następnie rozprzestrzenili Hiszpanie. Colibrí - no ładnie brzmi, ciężko się przyczepić, choć istnieją co najmniej dwie nazwy, które bardziej postawiły na wyobraźnię.

 Hummingbird - tak to anglojęzyczni wołają na te cudeńka, co niezdarnie można tłumaczyć jako "buczący ptak". Hum to jest buczeć, szumieć, szmerać, ale także nucić, przy czym to nucenie to takie bardziej murmurando. I tego ostatniego w przypadku opisu kolibra bym się trzymała.

 Więcej poezji odnaleźli w sobie Portugalczycy. Na równi z określeniem colibri funkcjonuje
bowiem beija-flor, czyli "całuje kwiat".
 No przesłodkie.
 Portugalska wikipedia podaje także określenia chupa-flor (ssie kwiat) czy pica-flor (szczypie, tyka, trąca...).

 Na koniec ciekawostka: Aztekowie wierzyli, że po śmierci wojownicy powracali na ziemię pod postacią kolibrów. Nie wiem, dlaczego broczący krwią wojak skojarzony został z tymi delikatnymi, wręcz pociesznymi stworzeniami, ale dobra tam.

 Z wyrazami szacunku
 Kazik


wtorek, 27 sierpnia 2013

Przemoc domowa w piekle, czyli...

... ach, jak lirycznie!

Rzadko się zdarza, żeby naraz świeciło słońce i deszczyk padał, ale jak już, to jest po prostu miodnie - jakoś tak świeżo, jakoś tak jaśniej, jakoś tak subtelnie, a jak jeszcze się tęcza na koniec pokaże!... W angielskim ten cud natury atmosferycznej określany jest mianem "sunshower".

 Najwyraźniej tylko mnie ta pogoda wprowadza w pogodny nastrój, bo folklor krajów anglojęzycznych jest zgodny co do tego, że diabła szlag trafia na widok tak pięknego dnia stworzonego przez Pana Boga, i z tej złości zaczyna prać swoją żonę - a deszcz jej łzami. W bezbożnej Francji nie dość, że bije, to jeszcze żeni się ze swoją córką: "le diable bat sa femme et marie sa fille"! Patologia w tym piekle i tyle.

Okazuje się, że w innych częściach świata skojarzenia są bardzo podobne - albo diabeł ucieka się do przemocy wobec swojej lubej, albo świeci i pada przy nietypowych ślubach, zwykle lisów. Liski biorą śluby w Japonii, we Włoszech czy na Malezji, w Bułgarii na ślubnym kobiercu staje niedźwiedź, w Korei to tygrys szykuje się do zmiany stanu cywilnego, użytkownik hindi będzie mówił o związku małżeńskim szakali, w Suahili hajta się słoń z lwem. W Grecji taka pogoda to znak, że ślub wzięli ludzie ubodzy, w Hiszpanii stara kobieta złapała męża, w Turcji zaś do tego świętego sakramentu przystąpiły same diabły. Na Litwie deszcz to sieroce łzy, a słońce to symbol pocieszającej babci. Prozaicznie wypadają Rosjanie, którzy używają takich określeń jak "blady deszcz" czy "grzybny deszcz" - nie ma przecież bardziej wymarzonej pogody dla grzyba, niż wilgoć i słoneczko jednocześnie!

A w Portugalii sympatyczny akcencik, tam bowiem funkcjonuje dziecięca rymowanka: "Deszcz pada, świeci słońce, czarownice pieką miękki chleb". Podobnie jak u nas, prawda?

Pozwoliłam wypisać sobie tylko niektóre przykłady - jeżeli temat Was zainteresował, zerknijcie po więcej na tę stronę, gdzie autor zebrał różnorakie określenia na "sunshower" z czterech stron świata. Należy mieć na uwadze, że wiele z tych haseł ma korzenie w folklorze i wielu współczesnych użytkowników danego języka nigdy o nich nie słyszało - o ile przydać się może w Japonii, Korei czy Rosji, tak znajomość pozostałych jest raczej ciekawostką. Ale kto nam zabroni wiedzieć więcej? I dlaczego w polskim nie dorobiliśmy się takiego słowa?

"Deszczyk pada, słonko świeci,
Baba-Jaga masło kleci!"

Z wyrazami szacunku
Kazik