czwartek, 30 lipca 2015

Załóż działkę i dbaj o nią, czyli...

...kolejna strona językowa do odwiedzenia.

 Jak wyobrażacie sobie swoją pamięć? Wielu ludzi próbujących przekształcić tę abstrakcję w konkretną wizję decyduje się na budynek (a choćby słynny Pałac Pamięci).


 Nie jestem wyjątkiem, przy próbie odnalezienia konkretnych informacji w wyobraźni przenoszę się do Muzeum, ogromnego, ale całkiem-całkiem ogarniętego pod względem segregowania eksponatów na konkretne wystawy (no i jak czegoś nie mogę sobie przypomnieć, to na otarcie łez mogę sobie wyobrazić, że pojechało na ekspozycję do innego muzeum, albo zaginęło w magazynie i samo się znajdzie). Jakkolwiek Muzeum jest dla mnie najwygodniejszym wyobrażeniem, tak wizja Ogrodu Językowego jest dla mnie pociągająca - dlatego też motyw roślin-słów na Memrise wydaje mi się taki sympatyczny.

Nie wiem, jak to się stało, że na Memrise natknęłam się tak późno - to naprawdę wielgachna strona! Starych wyjadaczy proszę nie przewracać oczami, ja wiem, że Wy znacie, ale pomyślcie o takich gapach jak ja, albo o początkujących, którym można ułatwić życie.

Memrise to strona z kursami tworzonymi przez... cóż, tych, którzy mają ku temu zapał i ochotę. Kursów jest ci mrowie a mrowie, dotyczą różnych dziedzin, jednak lwią część stanowią właśnie lekcje językowe.

Do kursów można dodawać video, teksty, nagrania, jednak ich główną bazą są fiszki. Przy rozpoczęciu sesji poznajecie kilka nowych słów-nasionek, których znajomość system będzie sprawdzał - przy dobrych odpowiedziach słówko rośnie, dążąc do rozkwitnięcia. Początkowo będziecie dopasowywać je do jednej z czterech fiszek, sześciu, ośmiu, w końcu samodzielnie należy wpisać słowo. Niby podlewanie roślinek, niby taki sobie ogródek, a system stoi nad nami z batem - czasem. Przy każdym ćwiczeniu mamy określoną ilość sekund na podanie odpowiedzi, zmuszając nas do szybkiej decyzji. Po skończeniu sesji dostajemy cenzurkę i spis przerobionych słów, a także lądujemy w tabeli wyników.



Miłym i przydatnym dodatkiem jest możliwość tworzenia memów. Co by się nam lepiej pamiętało, przy każdej nowej fiszce możemy poprosić o pomoc w zapamiętaniu słowa - wyświetlą się karty ze skojarzeniami stworzone przez innych współkursantów. Przykładowo, jeden z użytkowników na kursie suahili przy słówku karibu - witam!/proszę (do środka)! prezentuje następujące skojarzenie: "The best way to feel welcome at a party is to carry booze in with you". Przy słowie asante - dziękuję pierwszym skojarzeniem dla większości jest Rafiki, bo Disney uczy: "THANK YOU, Rafiki, for saying Asante in Lion King all the time."
Warto przeglądać memy, nieraz zawarte są w nich objaśnienia gramatyczne czy rozkład zdań na części pierwsze. Jeżeli zaproponowane przez społeczność podpowiedzi nie przypadną Wam do gustu, zawsze możecie stworzyć własne.

Jak już wspomniałam, kurs może zrobić każdy. Taka anarchia mogła skończyć się fatalnie, jednak tej stronie wyszła zdecydowanie na dobre. Wbrew pozorom, odnaleźć porządny zestaw nie jest trudno, choć zdarzają się bylejakie i nieprzemyślane. Zaletą jest bogactwo, możliwość uczenia się rzadkich języków, lekcji tworzonych przez pasjonatów o narzeczach, do których o materiały trudno.

Problemem mogą być obce alfabety. Niestety, wielu twórców żałuje w swoich kursach znaków specjalnych i zapomina, że nie każdy chętny do nauki ma obcykaną zagraniczną klawiaturę (już nie mówiąc o tykającym liczniku, więc żmudna metoda kopiuj znak-wklej znak odpada). Można zacisnąć zęby i ograniczyć się do zestawów lekcji nie wymagających wpisywania, ale lepszym pomysłem jest ściągnięcie aplikacji. W wersji mobilnej nie ma licznika czasu, a przy ćwiczeniach wymagających wpisanej odpowiedzi dostajemy zestaw wymieszanych znaków - jeżeli to dla nas za duża podpowiedź, możemy przełączyć się na klawiaturę, która zasłoni rozsypankę. Do tego dochodzi opcja szybkiej powtórki, w której na czas musimy wybierać fiszki - wbrew pozorom, przy większej kolekcji wyrazów rzecz wymagająca sporej koncentracji  i refleksu.

Piszę cały czas "kursy", jednak tak naprawdę Memrise to gigantyczny zbiór fiszek. Gramatyki nie znajdziemy wiele, za to jest to świetny przyczynek do powiększenia słownictwa, szybkiej powtórki po długiej przerwie w nauce i dobry start dla tych, którzy chcą się nauczyć nowego alfabetu. Strona jest darmowa, płacić trzeba jedynie za dodatki-dodatki, czyli tabele wyliczające nasze postępy i możliwość przejrzenia słów sprawiających szczególną trudność - rzeczy, bez których można się spokojnie obejść. Memrise jest anglojęzyczne, jednak można wybrać, w jakim języku się mówi i strona wyszuka kursy opracowane w pasującym nam narzeczu.

No to co? Zakładacie działkę i idziecie coś posadzić?

Z wyrazami szacunku
Kazik

PS Uprzejmie donoszę, że Antosh & Lin nie jest już dłużej Antoshem & Linem, tylko przechrzciło się na Learn With Oliver.

środa, 22 kwietnia 2015

Szach-mat rydwanem, frajerze!, czyli...

... o szachach po chińsku słów kilka.

[Notka dedykowana jest Raptorowi, studentce sinologii w stolicy naszego pięknego kraju, która pochyliła się nad jakością merytoryczną tego wpisu. Bardzo dziękuję jej za uwagi i poświęcony czas (bo temat długo za mną chodził, więc co rusz dopytywałam się na zaś jakiś drobiazgów), a Was proszę, żebyście pomyśleli o niej ciepło i z respektem - Raptor dostała właśnie stypendium na wyjazd do Chin i będzie się przez rok bujać w Nankinie. Zasłużyła!]

Ach, szachy. Bezkrwawa, elegancka wojenka na drewnianej planszy pozwalająca poczuć się jak prawdziwy generał, minus zwłoki niewinnych, zniszczone życia i medale. 


W szachy nauczył mnie grać mój dziadziu, mamiąc mnie wizją pięćdziesięciu złotych w wypadku wygranej (figa z makiem, zawsze dostawałam bęcki - widać grał znaczonymi), on też zapisał mnie na dwa kółka (oba się rozleciały) i wręczył pierwszy podręcznik do nauki gry. Piękne wspomnienia. Dziś, niestety, w szachy gram tylko z komputerem, lubię też rozwiązywać problemy szachowe (jak jakieś macie, to się podzielcie, wbrew pozorom trudno je znaleźć!). Jest to rozrywka przyjemna, spokojna, ćwicząca koncentrację i dobrze się przy niej wychodzi na zdjęciach. Nawet (zwłaszcza?), jak są to szachy rozbierane.

Dzisiaj jednak odłóżmy europejską wersję na półkę i przyjrzyjmy się pod względem lingwistycznym jego wschodniemu odpowiednikowi - 象棋 Xiàngqí, czyli szachom chińskim. 

 
Plansza i piony do Xiàngqí
Jeżeli jakoś niemrawo ostatnio idą Wam partyjki w Klubie Dżentelmena i Damy, zwycięstwa nie przynoszą już takiej intelektualnej satysfakcji, a niegdyś zaskakujące posunięcia lorda Berkeleya stały się nużące i przewidywalne, to serdecznie polecam spróbować Xiàngqí - forma podobna, a nowe figury i zasady z pewnością dostarczą zabawy przez urozmaicenie. 
Jak widzicie, plansza powyżej ma dwa elementy, z którymi nie spotkamy się w europejskiej wersji - pierwszym z nich jest pas ją przecinający. To rzeka Czu (楚河, patrz lewa strona planszy), której nie mogą przekraczać słonie, zaś dzielni piechurzy po przedarciu się przez nią uczą się nowego ruchu. Te dwa kwadraty po przeciwnych stronach to pałace (gōng), w których urzęduje królogenerał z doradcostrażnikami, żaden z nich nie może opuścić swojej siedziby, w przeciwieństwie do europejskiego króla, któremu jak się zachce, to może sobie dostojnym krokiem oglądać włości swoje i nieswoje na całej planszy. Kogo zainteresował temat, zachęcam do zapoznania się z zasadami, my przejdziemy do pionów. 

Jeżeli przyjrzycie się powyższej ilustracji, zauważycie, że nie wszystkie znaki pionków czarnych odpowiadają czerwonym. Co u licha? Dla urozmaicenia zabawy każda strona ma różne figury? Heh, tak jakby. Z tego co widzę, powyższa wersja i tak jest uproszczona, jednak w oryginalnej większość tych samych figur brzmi niemal tak samo, choć różnią się zapisem, a znaczenia pozostają podobne. Oznacza to, że nim zaczniecie zabawę, musicie wpierw jako-tako zapamiętać dwa zestawy różnych znaków, żeby ogarnąć, co się właściwie dzieje na planszy. Można trafić na wersje, w których piony oznaczone są obrazkami lub przybierają postać figurek, jednak jest ich stosunkowo mało, trudno do dostania, wszelkie aplikacje też trzymają się standardowej wersji i nie marudźcie. 

Legenda: znak tradycyjny/znak uproszczony 

1. / shuài  -  將 /  将 jiàng, czyli "marszałek" (choć bez kontekstu militarnego znaczy "przystojny") i "generał". 
Jednocześnie najważniejsze i najbardziej bezużyteczne piony w grze - rozgrywka kończy się wraz z zaszachowaniem któregoś z nich, nie mogą wyjść z pałacu, więc owszem, biją po pionowych i poziomych liniach, ale tylko tych, co weszli im na teren prywatny. Szefowie wrogich wojsk nie znoszą się tak bardzo, że nie mogą stać w tej samej linii, chyba, że inny pion stoi pośrodku i zasłania im widok na siebie.

2.  / - 車 / 车, wszystkie czytać chē, czyli "rydwan wojenny". Współcześnie zarówno tradycyjny, jak i uproszczony znak oznacza "samochód". Porusza się jak wieża w naszych szachach.


Jeden z sześciu rydwanów wydobyty na wykopaliskach w Yin. Dla ciekawych, więcej do poczytania TU.
 3. - 砲, formy uproszczone równają się tradycyjnym, czyta się tak samo: pào, przy czym pierwszy znak oznacza "armata", drugi - "katapulta". Jedna z ciekawszych nowinek, gdyż przemieszcza się jak rydwan, ale by zbić wrogiego piona, musi stać pomiędzy nimi inna figura, którą  armata przeskakuje. 


4.   / - 馬 / 马, formę uproszczoną czytać jako mǎ, czyli "rycerz" i "koń", przy czym współcześnie znak 傌 znaczy "ochrzaniać, wyzywać". Kuń jak to kuń, najpierw przemiesza się po prostej na sąsiednie pole, następnie o jedno pole po skosie. Jest to o tyle ważne, że w przeciwieństwie do naszego skoczka, 马 nie kangur i nie może przekicać nad torującymi mu drogę pionami. Zablokowanie tego piona nazywa się 蹩馬腿 bié tuǐ, czyli, hm, "okulawieniem końskiej nogi". 

5. - , oba znaki jako xiàng - "minister" i "słoń" (chiński jest dziwny, więc oba znaki mogą być odczytywane współcześnie jako "portret" lub "wygląd"). Nasz słoń bojowy to długonogie stworzenie, toteż przemieszcza się aż dwa pola na ukos. Niestety, choć brzmi imponująco, słonie są ograniczone do jednej połowy planszy, jako że nie mogą przekraczać rzeki. To znaczne zawężenie pola manewru sprawia, że ten pion stosunkowo szybko zostaje zablokowany. Pewnie dlatego ma wartość ledwo dwóch punktów (dla porównania: armata jest warta pięciu punktów, wieża - dziewięciu, żołnierz-nowicujsz - jednego). 

6. - 士, oba jako shì, "oficer" i "doradca", stoją po lewicy i prawicy każdego generała i są równie przydatni jak oni - siedzą w pałacu i mogą się przemieszczać tylko jedno pole na ukos. Się nabiegają...

7. bīng - , "żołnierz" i "szeregowiec", nasze mięso armatnie. Nowicjusze ograniczeni są do jednego ruchu do przodu, jednak weterani, którzy przekroczyli rzekę i znajdują się na terenie wroga, zyskują możliwość bicia i poruszania się o jedno pole na lewo i prawo. Niestety, kto się urodził żołnierzem, ten nim zostanie - po dotarciu do krawędzi pion nie zmienia statusu. Smutne i życiowe.

BONUS
1. Co, za dużo trzeba myśleć? Ciągnie się ta wojenka niewiadomo ile? Brakuje Wam tego dreszczyka niepewności, zdania się na ślepy los? Zróbcie rewolucję, wywalcie pionki na drugą stronę i zagrajcie w Banqi, znane też jako 暗棋 àn ("ukryte szachy", "szachy w ciemności") lub 盲棋 máng ("ślepe szachy"). W tej wersji na jednej połowie planszy do Xiàngqí kładziemy losowo wszystkie piony, tyle że odwrócone znakami do dołu. Są trzy rodzaje ruchów: odsłonięcie piona, przemieszczanie i bicie. Zależnie od wersji, w pionkach liczą się tylko kolory, bo wszystkie poruszają się tak samo, albo ruchy poszczególnych figur są przekopiowane z Xiàngqí i lekko zmodyfikowane na potrzeby gry, tudzież ustala się, które piony mogą być bite przez które figury (np. w tajwańskiej wersji katapulty nie mogą zbić żołnierzy, a żołnierze jako jedyni mogą pojmać generałów). 

Banqi, tutaj z niewiadomych powodów rozgrywane na planszy przedzielonej pionowo, miast poziomo, przez co rzeka niepotrzebnie zawadza.

2. Koreańskim wariantem Xiàngqí jest Janggi 장기. Podstawową różnicą jest brak rzeki, dzięki czemu żołnierze mają na starcie możliwość przemieszczania się na boki, zaś słonie stają się maszynami zagłady siejącymi zniszczenie jak rozwścieczone olifanty. W Południowej Korei zmienia się też nazwa generałów na hàn i 楚 chŭ. Jest to historyczne odniesienie do chińskiego Okresu Walczących Królestw, kiedy to m.in. dwa państwa Han i Chu walczyły o dominację. W Północnej Korei generałowie mają te same znaki, co piony chińskie.

I jak, zachęceni choć ciupinkę? To bardzo przyjemna forma spędzania wspólnie czasu, na spokojnie, bez pośpiechu, najlepiej delektując się ładną pogodą w parku. Już nie mówiąc o tym, że łączy przyjemne z pożytecznym - gra w szachy poprawia pamięć, ćwiczy koncentrację, uczy analizy, zmusza do roboty obie półkule mózgowe, a także poprawia szybkość czytania. To jak, partyjkę?


Z wyrazami szacunku
Kazik

niedziela, 19 kwietnia 2015

Noc Języków, czyli...

... mini-konwent dla poliglotów.

Noc Muzeów, Noc Teatrów, Noc Naukowców, Noc Jazzu... nie do wiary, ale ludziom faktycznie chce się zwlec z domu i nie spać, bo chcą kultury sobie trochę zobaczyć. I to nie jakiejś garstce dziwaków bez telewizora cierpiących na bezsenność, tylko naprawdę masa ludzi stwierdza: "muzeum guzików z pętelką otwarte o drugiej w nocy?! o rety, muszę tam być, z całą rodziną!" - widzieliście te dzikie tłumy na warszawskiej edycji Nocy Muzeów?

"U nas chodzi się z księżycem w butonierce", śpiewają pewne dwa Krakusy, i coś w tym jest, bo w Krakowie Nocy i Nocek jest niewiele mniej, niż Dni. A w tym kulturowym kalendarzu lunarnym dopisano jeszcze Noc Języków - w sobotę (19.04) odbyła się już VI edycja.

Pewnie się zastanawiacie, jak to może wyglądać - co, przyłażą te poligloty i oglądają truchła wymarłych języków w gablotach? Odbywa się pogadanka o szmuglowaniu książek do nauki, których nie można nigdzie dostać? Rozkładają się stoiska z breloczkami z pierwszymi literami obcych alfabetów? Heh, chciałabym.

Noc Języków to jednak jeszcze niewielka impreza, ale prężnie się rozwijająca. Głównym członem spotkania są mini-panele. Są cztery sesje, w trakcie których odbywa się jednocześnie ok. osiem wykładów poświęconych danemu językowi, trwające niecałe pół godziny. Od pomysłowości prowadzących (którymi są osoby związane z akademickim środowiskiem filologicznym, tak więc merytoryczny aspekt spoko-loko) zależy, co uda im się przekazać w tak krótkim czasie - zazwyczaj posłuchacie wymowy, nauczycie się paru podstawowych zwrotów i poznacie kilka ciekawostek. Nieraz się zdarza, że prowadzący puszcza po sali przekąski z danego regionu albo zakłada tradycyjny strój. Same języki? Do wyboru, do koloru: w tym roku urdu, tamilski, hindi, japoński, esperanto, chiński, islandzki, koreański, bengalski, arabski, włoski, majański, sanskryt, indonezyjski, telugu, marathi, portugalski, hebrajski, perski, rosyjski, turecki, awestyjski, rumuński, jidysz, kazachski, ufff! Już wiem, co czują nieszczęśni uczestnicy konwentów, którzy nie mogą się rozerwać na trzy panele w tym samym czasie... Zamieszczam krótką relację z mojego wyjścia w tym roku, co by Wam dać jako takie pojęcie, jak to wygląda.

Trudne decyzje same się nie podejmą, na pierwszy ogień poszłam na chiński. Świetny początek, bo prowadząca zdecydowała się pomysłowo wykorzystać specyfikę języka i zapoznała nas z konstrukcją znaków - było ćwiczenie ze zgadywaniem słów, rozszyfrowanie nowego znaczenia połączonych znaków*, znajdywanie podobieństw między znaczeniem a kształtem, chętni mieli okazję spróbować zapisać na tablicy co bardziej skomplikowany znak (tu się pochwalę, że mnie pochwalono, że mój bazgroł byłby jak najbardziej zrozumiały dla Chińczyka, muj jej, jaka ja jestem łasa na komplementy ^^), dostaliśmy na pożegnanie kserówkę-szlaczki z nowymi słowami do poćwiczenia. Jeżeli ktoś szedł z nadzieją na przekonanie się do tego języka, to jestem pewna, że po powrocie do domu zaczął szukać stron do nauki.

* - sądząc po reakcji publiczności, najwięcej entuzjazmu wywołało połączenie mián (cząstkowy znak oznaczający "dach") z shǐ ("świnia"), co daje nam jiā - czyli "dom". Kiedy to się chwilę pomyśli, jak to drzewiej mieszkano, to ma to w sumie znacznie więcej sensu.

Następnie wygrał tamilski, który prowadziła bardzo energiczna i po prostu prześliczna doktorantka. Bardzo przyjemny standard, fragment piosenki i krótka nauka wymowy na podstawowych zwrotach z ciekawostkami i wykazaniem paru cech języka. Tamilskim mówi prawie 70 milionów ludzi w takich pięknych miejscach jak Cejlon, Sri Lanka czy Singapur, a alfabet miły dla oka - warto się zapoznać w wolnej chwili. 

Tablica w czterech językach: angielskim, chińskim, tamilskim i malajskim.
 Pozostając w temacie okołoindyjskim, ruszyłam na telugu, i tu niestety miałam mniej szczęścia. Jakkolwiek prowadząca była sympatyczna i otwarta na sugestie, nie miała pomysłu, jak zaprezentować tak bogaty język z tak długą historią w trakcie nędznych dwudziestu minut - obejrzeliśmy animację z alfabetem, wysłuchaliśmy fragmentu piosenki i zapisaliśmy nasze imiona po ichniejszemu. Co ciekawe, użytkownicy tego języka - jeżeli wierzyć statystykom - są najbardziej zapalonymi kinomanami w Indiach (a to nie byle osiągnięcie w kraju, w którym główną rozrywką są filmowe seanse). No i z plusów, to poznałam dziewczynę, która samodzielnie uczy się hindi, więc momentalnie wciągnęłam ją do naszej sekty na Koronie - jeżeli to czytasz, to z jednej strony pozdrawiam, a z drugiej przepraszam, że tak bredziłam, akurat się napatoczyłaś na mój atak gorączki (tak, moi mili, jestem bezrozumną flądrą i polazłam na tę imprezę mimo choroby, egoistycznie zarażać innych).

Na sam koniec padło na islandzki, i nie zgadniecie, kto prowadził wykład - Marta Bartoszek! Osoba, na której nazwisko trudno nie trafić, jeżeli interesujecie się materiałami do narzecza Islandii. Prowadzi Centrum Języka Islandzkiego zajmujące się kursami i tłumaczeniami, jest m.in. współautorką dwóch słowników i autorką fiszek islandzkich Edgara. I ta sława osobiście podała mi kserówkę!, rety, aż żałuję, że nie miałam książki na autograf! W każdym razie, na całe szczęście okazała się prowadzącą charyzmatyczną i z poczuciem humoru (i do tego miała ładny sweter). Przećwiczyliśmy wymowę, poznaliśmy takie słówka jak tölva - komputer, będący miksem słów tala (liczba) i völva (wróżbitka), bardzo poetyckie (niektóre blogi islandzkie tala tłumaczą w tym kontekście jako "mówić", ale to nie ma za bardzo sensu) czy snjallsímastýrikerfismarkaðurinn - czyli... cholera wie co, coś w stylu "firmy zajmującej się systemami operacyjnymi dla urządzeń mobilnych", ponoć to bydle spokojnie sobie stało w normalnym artykule w normalnej gazecie. Dowiedzieliśmy się, jak wymawiać też tę nieszczęsną nazwę wulkanu Eyjafjallajökull, którego wymowa przysporzyła więcej kłopotu dziennikarzom, niż sam pył komukolwiek. Spotkanie było świetne, ludzi mnóstwo i do cukierków z Islandii dopchali się tylko siedzący najbliżej miseczki.

Niewątpliwie wielu uczestników bierze udział w imprezie przede wszystkim ze względu na samo losowanie - przyjdźcie punktualnie, przy wejściu odbierzcie los, wrzućcie do koszyka i czekajcie cierpliwie w tłumie, a nuż to właśnie wy wygracie książki do nauki hindi i chińskiego, darmowy kurs w JCJ języka niebędącego angielskim albo wyjazd do Szwecji z kursem esperanto?

Poza tym jest specjalna salka, w której wolontariusze chętnie zapiszą Wasze imiona obcymi alfabetami, a po części właściwej odbywa się koncert piosenek zagranicznych, krótkie konwersacje w wybranym narzeczu z native speakerami oraz większe wykłady, w tym roku z Arturem Zwolskim i Marią Majerczak. Niestety, nic wam więcej nie powiem w tym temacie, bo czułam się naprawdę kijowo i zwlekłam się półprzytomna do chałupy, wygrzewać się i cierpieć.

Krakowskich czytelników bardzo przepraszam za notkę po fakcie - sama zapomniałam, że to już i mało co bym całej imprezy nie przegapiła. Cieszę się, że Noc Języków się rozwija i z roku na rok staje się coraz bardziej popularna, i mam nadzieję, że i wy zasilicie szeregi na kolejnych edycjach. Impreza jest mała, ale to dobra okazja, by natknąć się na nerdów takich jak wy czy odkryć nową miłość językową. Tylko proszę, jeżeli idziecie na losowanie, to słuchajcie do końca, a nie odwracajcie się na pięcie sekundę po tym, jak wylosują ostatniego szczęśliwca, zdążycie na kolejne punkty programu, spokojnie - a już na pewno nie bądźcie jak ten burak, który zrobił awanturę jednemu z organizatorów, że on kuponu żadnego nie dostał i skandal, organizatorzy są tacy i śmacy, losowanie trzeba powtórzyć...

Próbowałam znaleźć Noce Językowe w innych miastach, ale wydaje się, że na razie jest to tylko krakowska rzecz. A może nie? Czy znacie podobne spotkania organizowane poza stolicą Małopolski?


Z wyrazami szacunku
Kazik

czwartek, 16 kwietnia 2015

Miesiąc perły, czyli...

...miesiące po fińsku.

Nie przepadam za nauką nazw miesięcy. Niby fakt, że często mają jedno źródło ułatwia życie, gdy idzie o bierne tłumaczenie, z drugiej stronu - gdy trzeba się ich samemu nauczyć, podobieństwo zaczyna się zlewać i robi się mnóstwo małych przekręceń. No ale oczywiście ten problem nie dotyczy hipsterskiego fińskiego. Fińskie miesiące po krótkim riserczu łatwo opanować, bo po pierwsze - wszystkie kończą się na kuu oznaczające "księżyc/miesiąc", a po drugie - ich pierwsze człony to wyrazy wyraźnie kojarzące się z danym okresem. Zresztą, sami zobaczycie.

Jednak chwilowo krótki przerywnik, zanim wygrzebiecie z plecaków swoje kalendarzyki. Na stronie Siida - Sami Museum poświęconego kulturze Samów (ludu zamieszkującego Laponię, czyli północne tereny Norwegii, Finlandii, Rosji oraz Szwecji) znalazłam informację, że "kuu" to także regionalne określenie tłuszczu renifera.
Swoją drogą, z ubitego renifera nic się nie marnowało - natychmiast gotowano mięso z grzbietu i język oraz smażono na patykach podzieloną na kawałki wątrobę (polecam ten pomysł na przekąskę na kolejne ognisko, ile można żreć kiełbasę). Mięso suszono bądź mrożono, kości szły na zupę, krew zbierano i przechowywano w reniferzym żołądku. Zdziwiło mnie nieco, że renifery dojono tylko w jesieni, ale nie doszłam do informacji, dlaczego.

Dobra, do rzeczy.

1. Styczeń - taamikuu
Na początku będzie podchwytliwie. Współcześnie taami to "dąb", jednak dawniej było to słowo na "środek", "centrum". Styczeń jednocześnie kończy i rozpoczyna rok, więc jest swego rodzaju jego osią... Wiele osób kombinuje ze współczesnym znaczeniem i dopisuje teorię, że w styczniu ścinano dęby na opał, ale to taka sama ludowa etymologia, jak Częstochowa, co znika co chwila za górami.

2. Luty - helmikuu 
Bardzo poetycko - "miesiąc perły", tylko co to do cholery znaczy. Najprawdopodobniej chodzi o miłe dla oka zjawisko, kiedy to śniegi nieco na gałęziach topnieją i szybko ponownie zamarzają, tworząc zamrożone krople faktycznie wyglądające jak lodowe perły.

3. Marzec - maaliskuu
Maa samo w sobie oznacza "ziemię", jednak nazwa miesiąca to skrócona wersja maallinen kuu - "ziemnego miesiąca", kiedy to wreszcie śniegi nieco odpuszczają i można tu i ówdzie zobaczyć kawałek pola.

4. Kwiecień - huhtikuu
Oh boy. Nie mam pojęcia, czy mamy na to odpowiednik w języku polskim - huhta to czasownik oznaczający oczyszczanie i wypalanie terenu przeznaczonego na uprawę. Nie znam się na rolnictwie jakimkolwiek, a tym bardziej fińskim, więc jeśli ktoś coś kojarzy z terminologii związanej z  wiosennymi porządkami na polskiej wsi, niech da znać.

5. Maj - toukokuu
Uff, wreszcie z górki - touko to siew, a także imię męskie.
BONUS: Jeżeli wstukacie w Google Grafika samo "touko", wyskoczą Wam tylko fanarty z bohaterką "Pokemon: Black & White" (w angielskiej wersji ochrzczona Hildą). Jeżeli dodacie "finnish", zostaniecie zalani gejowskimi rysunkami niejakiego Touko Laaksonena, znanego bardziej jako Tom of Finland - rysownika specjalizującego się w homoerotycznych ilustracjach, których bohaterowie (jeżeli coś już na sobie mają) ubrani są w charakterystyczną, skórzaną kurtkę i czarne spodnie.
Nie wiem, co trzeba wpisać, żeby zobaczyć, jak ktoś obsiewa pole.

6. Czerwiec - kesäkuu
Ponownie zaskoczenie - kesä oznacza "lato", jednak dawniej na tę najwspanialszą z pór roku istniały dwa określenia: suvi i kesä właśnie, przy czym to drugie częściej było używane w znaczeniu pola uprawnego. Z biegiem czasu kesä wyparło suvi, które dziś jest regionalizmem i niezbyt popularnym imieniem żeńskim.

7. Lipiec - heinäkuu
Tu na szczęście bez komplikacji -  heinä to po prostu "siano". Z przyjemnością donoszę, że dalej będzie już tylko z górki.

8. Sierpień - elokuu
I tu obeszło się bez podstępów: elo to stara nazwa na "plony".

9. Wrzesień - syyskuu
Przestarzałe określenie jesieni, która współcześnie nosi nazwę syksy. Tu się nie bardzo popisali kreatywnością.

10. Październik - lokakuu
Połowa jesieni, robi się szkaradnie, zimno i deszczowo, a świat zaczyna tonąć w loka - błocie.

11. Listopad - marraskuu
Tutaj wyłazi coś bardzo fińskiego, czyli narodowy pesymizm. Marras to archaiczna, poetycka nazwa śmierci. Ja rozumiem, że patrzenie, jak wszystko szarzeje i obumiera jest przygnębiające, ale dajcie spokój - wyobrażacie sobie, żeby po październiku przychodził liściośmierć? Albo wszystkopadło?
Choć pewnie niejeden fiński metal zaciesza, że obchodzi urodziny w Śmierciomiesiącu. Niech ma.

12. Grudzień - joulukuu
Zanim chrześcijaństwo przywędrowało do Finlandii jak zwykle uszczęśliwiać na siłę, grudzień to był po prostu talvikuu - miesiąc zimy i wszyscy byli zadowoleni. Wraz z nową religią przyszły i obchody Bożego Narodzenia, w Finlandii znane jako Joulu. Jest to też nazwa funkcjonująca jako nasz "świąteczny", "bożenarodzeniowy", i jest przyczepiany do czego tylko się da, a ma choć minimalny związek ze Świętami - jouluolut jest piwo sprzedawane w tym okresie, joulupukki jest kozo-Mikołaj przynoszący prezenty, joulusuklaa jest wypaśna czekolada na prezent, wszystko, wszystko, WSZYSTKO w tym czasie dostaje "joulu" jako przedrostek, to i z rozpędu cały miesiąc tak przemianowali. 
Same fińskie nazwy świąteczne i kozo-Mikołaj to temat na odrębną notkę i opowiemy o nich innym razem. 

BONUS: PIĘĆ MINUT GŁASKANIA I DRAPANIA ZA UCHEM EGO KAZIKA
Kochani! Widzę, że zbieracie się już do wyjścia, ale proszę, zostańcie jeszcze chwilkę i wraz ze mną pocieszcie się moim małym sukcesem. Otóż uprzejmie donoszę, że wreszcie udało mi się zebrać na Duolingo ponad dziesięć tysięcy punktów! 


Przede mną jeszcze mnóstwo pracy, ale cieszę się, że ciągle idę do przodu, choć sprawa czasem wygląda beznadziejnie - wierzę, że pewnego dnia to wszystko przyniesie dobre owoce. A tymczasem...



Z wyrazami szacunku
Kazik

niedziela, 8 marca 2015

Najbarwniejsze powitanie wiosny, czyli...

...wszystkiego co najlepsze z oka...! Zaraz, to impreza już się skończyła?

Wszyscy już tłuką butelki na tulipany i dziergają pończochy, a ja jeszcze jedną nogą w Holi. Tak, mili Państwo, w tym roku to radosne święto obchodziliśmy 6 marca, rozpoczęte dzień wcześniej Holika Dahan. Nie macie pojęcia, o czym mówię? Wszystko wytłumaczę! Wiem, spieszycie się zanieść goździki, zanim zwiędną, ale zajmę Wam dosłownie chwilkę, siadajcie i częstujcie się, zostało mi jeszcze trochę gulabów jamunów w lodówce...

O, to jest gulab jamun - taki indyjski pączuszek pływający w słodkim syropie. "Gulab" pochodzi z perskiego połączenia słów "róża" i "woda", zaś "jamun" to ichniejsze, ja wiem, czarne jagody takie, rzekomo podobne z kształtu do tego smakołyka.

Kryszna, dziecięciem będąc, był strasznie rozkapryszonym, upierdliwym smarkiem, który uwielbiał wykręcać wszystkim różne numery. Pewnego razu przyuważył, że piękna Radha (SPOILER: jak dorosną, będą jednym z największych OTP w hinduizmie, w dodatku kanonicznym) ma bardzo jasną skórę - zabolało, bo choć i Kryszna był piękny, to karnację miał bardzo ciemną (nie bez kozery jego imię w sanskrycie znaczy "czarny" - rodziców trzymały się niemiłe żarty). Widząc naburmuszonego podopiecznego Jaśoda zażartowała, że jak to miło by było, gdyby to on mógł decydować o skórze Rady i przemalowywać ją zależnie od swojego widzimisię. Kryszna, jak to Kryszna, uznał to za rewelacyjny pomysł i w te pędy pobiegł wysmarować niczego nie spodziewającą się dziewczynę barwnikami. Tak to się ludziom spodobało, że urządzili z tego cały festiwal.

Dorośli już Kryszna i Radha, świętujący wspólnie Holi znacznie subtelniej niż w dzieciństwie...

Holi to święto radości, tańca, miłości, przebaczenia - według wielu podań w tym właśnie dniu najwięksi wrogowie zostają przyjaciółmi. Dzień, w którym wszyscy, niezależnie od kasty, na równi się radują i weselą, a mają ku temu powód - w wigilię tego święta odbywa się Holika Dahan, czyli palenie Holiki. Kto to jest Holika? LEGEND TIME!
Dawno temu żył potężny król-demon, Hiranyakashyap (uff!), który marzył o nieśmiertelności. Dzięki swojemu sprytowi udało mu się wybębnić od Sił Wyższych tak niezwykłe dary i przymioty niemal uniemożliwiające zabicie go, że poczuł się jak bóstwo i rozkazał poddanym go wyznawać. Jeden jedyny Prahlad, jego syn, odmówił uczestniczenia w tym cyrku i pozostał wierny Wisznu. Hiranyakashyap był jednym z tych rodziców, którzy bardzo źle przyjmują odmienne poglądy na religię swoich dzieci i w związku z tym postanowił zabić syna. Czego jednak nie próbował, młody zawsze się wywijał dzięki opiece Wisznu. Jako że Prahlad zaczął trzymać wobec ojca chłodny dystans, król zwrócił się o pomoc do swojej siostry, Holiki. Plan był taki: Holika usiądzie na stosie, zawoła swojego bratanka na kolana i mocno przytrzyma, gdy zostanie podłożony ogień. Dlaczego Holika miałaby pójść na coś tak głupiego? Demonica miała magiczny płaszcz, który chronił ją przed ogniem, więc nie przejmowała się swoim instynktem samozachowawczym i zgodziła się na współudział. Tutaj mit rozjeżdża się na chwilę na dwie wersje - według jednej płaszcz zsunął się na dziecko, przez co Prahlad ocalał (łał, jak wygodnie). Druga jest znacznie bardziej pouczająca i przekonująca. Okazuje się, że Holika nie doczytała instrukcji i nie wiedziała, że płaszcz działa tylko pod warunkiem, że dotyka jednej osoby: niedoszła morderczyni spłonęła, Prahlad ocalał dzięki modlitwom do Wisznu, który ocalił swojego wiernego wyznawcę. Niezależenie od wersji, końcem końców zła ciotka dostaje za swoje, a Wisznu osobiście się fatyguje, by zgładzić podłego króla. Od tamtej pory pali się publicznie wielkie ogniska, mające symbolizować zwycięstwo dobra nad złem.

Wisznu wypruwający Hiranyakashyapa i Prahlad, który nie widzi, że dorośli są zajęci swoimi sprawami.

 W południowej części Indii bardziej popularna jest legenda o Putnie. Kryszna miał wujka Kansę, który był tak wrednym tyranem, że w późniejszych tekstach nie jest przedstawiany jako człowiek, tylko demon. Wcale nie ucieszył się z nowego bobasa w rodzinie i poprosił demonicę Putnę, żeby pomogła mu wykończyć siostrzeńca. Siła nieczysta przybrała postać mamki i do mleka w swoich piersiach wlała truciznę. Kryszna wypił jednak nie tylko mleko, ale także krew Putny, sprawiając, że spłonęła żywcem (nie pytajcie), zaś jedynym działaniem trutki była niebieska skóra, która później przysporzyła naszemu milusińskiemu tyle kompleksów. Może ta wersja nie jest aż tak epicka, ale przynajmniej korzenie tych dwóch świąt się ze sobą przeplatają.

Putna z filmu animowanego "Krishna aur Kans"
Ta czy inna paskuda została zgładzona, jest w każdym razie co świętować. Holi to przede wszystkim święto kolorów, w ruch idą barwniki w proszku, w paście czy rozcieńczone wodą. Dzieciaki uzbrajają się pichkari, coś w stylu naszych pistoletów na wodę, tyle że koloryzowaną - ponoć prototyp został wykonany z bambusa przez Krysznę. Jeżeli na myśl o śmingusie-dyngusie cierpnie Wam skóra, zaklinam Was, przed planowanym wyjazdem do Indii upewnijcie się, że to święto ruchome nie przypada akurat na Wasz pobyt. W tym dniu kolorowym proszkiem ciska się na prawo i lewo, można bezkarnie wysmarowywać i oblewać każdego, kto się nawinie.
Najczęściej widywanym kolorem jest czerwień, którą tradycyjne wytwarza się z kwiatów drzew kwitnących na wiosnę. Oczywiście, są domowe sposoby i  na inne barwniki, chociażby pomarańczowy można uzyskać dzięki hennie.

Kram z barwnikami i innym dobrem.
 Holi to nie tylko dzika zabawa na ulicach, ale też dzikie gry na ulicach. W niektórych miastach istnieje zwyczaj wysokiego zawieszania garnka z maślanką. Mężczyźni tworzą wielką, cheerleaderską piramidę, a gość na jej szczycie próbuje strącić garnek głową. Pomysłodawcą zabawy po raz kolejny jest Kryszna, który w dzieciństwie tak zasmakował w maślance, że bezczelnie zaczął ją wyjadać sąsiadom, a że żadne połajanki nie odnosiły skutku, zaczęli wszelkie swoje garnki z produktami mlecznymi wieszać pod sufitem. Skoro jesteśmy przy podjadaniu, w czasie Holi popularnym zwyczajem jest obdarowywanie się nawzajem słodyczami, mile widziane są także figurki bóstw.

Niestety, Holi ma także swoją ponurą stronę - ekologię. Podstawowym problemem są wszechobecne barwniki - póki były naturalne, nie było żadnego problemu, ba, wręcz większość roślinnych mieszanek miała dodatkowe walory pielęgnacyjne. Kiedy jednak wytwarzanie sztucznych barwników pozwoliło zwiększyć paletę kolorów, a także okazało się dużo mniej czasochłonne i tańsze, zdominowały rynek. Oczywiście najtańsze proszki zawierają szkodliwe paskudztwa, które wywołują choroby skóry czy płuc, wpływają też oczywiście na ziemię i wodę. Woda także pozostaje tematem kontrowersyjnym - wiadomo, gorąco, ludzie spoceni, to i z lubością zużywa się hektolitry wody na wspólne oblewanie się. Skutkuje to tym, że w wielu dzielnicach przez następne dni brakuje wody. Również gigantyczne ogniska nie pozostają zapewne bez wpływu na środowisko, toteż od wielu lat propaguje się eko-holi, zachęca do domowego ucierania barwników, oszczędzanie wody i ogólnie żeby rewelacyjnie się bawić, ale jednak z głową.

Mały poradnik dla tych, co to chcieliby się wytarzać w kolorach czy symbolicznie się nimi pomazać, ale drżą o swoją jedwabistą cerę. Najbezpieczniej inwestować jest w barwniki wysokiej jakości, w taniości mogą czaić się metale ciężkie. Najmniej ryzykownymi kolorami są czerwony i pomarańczowy, przy innych kolorach mogą być użyte bardziej szkodliwe substancje, choć oczywiście niekoniecznie. A przed władowaniem twarzy w talerz z proszkiem dobrze jest się posmarować kremikiem przed i po, ułatwi także zmywanie kolorów po zabawie.

Indie to olbrzymi kraj, więc sposobów obchodzenia Holi jest mrowie a mrowie - regiony czy nawet miasta różnią się piosenkami, tańcami, grami, słodyczami, preferowanymi prezentami czy podaniami. Może znacie jakieś obyczaje, o których nie wspomniałam, a chcielibyście się nimi podzielić?

Jeżeli przegapiliście Holi i troszku Wam z tego powodu smutno - nie wszystko stracone! 21 marca w Krakowie w Nowohuckim Centrum Kultury z okazji Holi organizowany jest pokaz indyjskiego tańca. Zespołów jest do wyboru, do koloru - jak co roku zobaczymy zarówno tradycyjne tańce związane z opowiadaniem historii za pomocą gestów, jak i energiczne układy prosto z bollywoodzkich filmów. Ogólnie, jestem co roku, jest wesoło, poza pokazem można kupić książki do nauki hindi, samosy, słodycze (chociaż może lepiej nie, w zeszłym roku były to makabrycznie słodkie ulepki), można też umalować twarz barwnikami, a kto wie, jakie dodatkowe atrakcje są przewidziane w tym roku. Koszt wstępu to 10zł, dla samych występów naprawdę się opłaca. No i możecie się znaleźć z moją osobą w tej samej sali, a to jest warte każdych pieniędzy.

Z wyrazami szacunku
Kazik


środa, 25 lutego 2015

Maaaamooooo, pod moim łóżkiem czai się uszminkowana Mona Lisa w okularach!, czyli...

...przegląd piosenek edukacyjnych dla dzieci, część pierwsza.

W nauce języka jakość materiałów odgrywa duże rolę. Stymulacja intelektualna w imię efektywności musi się pogodzić z tym, że uwagę marudnego mózgu trzeba przyciągać grzechotką - kolorami, śmiesznymi skojarzeniami, dźwiękami, bo od samego czytania pożółkłego podręcznika w bibliotece zaczyna się wiercić, nudzić i ciągnąć do domu.
Dzięki potędze techniki do szerokiego repertuaru materiałów dołączyły teledyski tworzone z myślą o dzieciach. W teorii cudowny start dla nowicjuszy w każdym wieku: chwytliwa muzyka, proste słownictwo, obraz pasujący do tekstu, nieraz napisy karaoke. W praktyce albo twórcy uważają dzieci za idiotów o niewyrobionych gustach, którym można wepchnąć absolutnie wszystko, albo są to popisy ludzi faktycznie z misją niesienia kaganka, ale mających zerowy budżet i wyczucie - tak czy siak, często zamiast sympatycznych filmików dla milusińskich powstają hipnotyzujące swoją psychodelią animacje, nierzadko zahaczające o awangardę, dadaizm czy horror psychologiczny. Trzeba przyznać, od razu lepiej się zapamiętuje nazwy kolorów po francusku, gdy przez kilka nocy dręczy cię w koszmarach maszkara wypluta w bólach z Painta.

Jako że od czasu do czasu natrafiam na różnego rodzaju perełki, postanowiłam rozpocząć nieregularny cykl, w którym będę dzielić się swoimi znaleziskami. Muszę jednak zaznaczyć, że nie potępiam całkowicie wszystkich tu zamieszczonych teledysków - często mają diablo chwytliwą muzykę, potrafią być zabawne i mimo swojej pokraczności wywołują sympatię u widza, bo widać, że ktoś włożył w nie wiele serca.

Na pierwszy ogień - "Alouette, gentille alouette", obowiązkowy szlagier służący kanadyjskim nauczycielom francuskiego, z którego podopieczni uczą się części ciała (co z tego, że ptasiego). Generalnie, podmiot liryczny informuje "skowronka, miłego skowronka", że mu zaraz powyrywa nóżki z tyłka, a także dzióbek, piórka i jeszcze łeb ukręci. Badacze zwracają uwagę na to, że we francuskiej twórczości ludowej często przewija się motyw kochanka złorzeczącego skowronkowi za to, że swoim śpiewem obwieszcza świt i konieczność rozstania z ukochaną (jakby tego było mało, w tradycji ludowej skowronek przedstawiany był jako wstrętny plotkarz, który na całą okolicę słodkim trelem rozpowiada o romansie i budzi nieświadomych nocnej schadzki krewnych). Jednak i bez wymykania się nocą na namiętne chwile można wygrażać ptaszysku za darcie dzioba z samego rana, stąd może popularność tej piosenki nie tylko wśród kanadyjskich dzieci. 


Tak. 
Czujecie już te klimaty? WTFywne pomysły, animacja robiona obcinaczem do paznokci, melodia nie dająca się wybić z głowy? Świetnie, bo dopiero się rozkręcamy! Oskubawszy ptaszka, zapoznajmy się ze zwyczajami żywieniowymi pewnej istoty, której tęczówki mają rozmach katalogu Duluxa i zmieniają się szybciej niż bohaterom opek. Przed Wami "L'arc-en-ciel" (zapisany przez autora bez myślników, ale ja potrzymam się wersji słownikowej), czyli "Tęcza":



I na dobranoc "Au clair de la lune", kołysanka z XVIII wieku. Wiem, że już Wam ręce drżą przed kolejnym seansem, ale wpierw ciekawostka! 
Czy wiecie, co to jest fonautograf? Wynalazł go w połowie XIX wieku Édouarda-Léon Scott de Martinville, tym samym stając się twórcą pierwszej maszyny zapisującej dźwięk - niestety, tylko zapisującej, bo odtwarzać już nie potrafiła. Dopiero w 2008 naukowcy odkurzyli Martinvillowe dzieło i zdołali odtworzyć zapiski fonautografu dzięki współczesnej technologii. Domyślacie się, jaka piosenka została po raz pierwszy nagrana w historii ludzkości?


Tak na marginesie, jest to także dzwonek w komórce należący do upiora mieszkającego w mojej szafie.
No dobrze, troszku Was oszukuję. To nagranie jest puszczone dwa razy szybciej, niż być powinno. Dopiero wraz z odnalezieniem pozostałych zapisków fonautografu udało się ustalić prawidłowe tempo i okazało się, że piosenkę śpiewa nie dziewczynka, a mężczyzna, najprawdopodobniej sam twórca. Tutaj prawidłowa wersja, która nie brzmi jak kamień duszy z "Fatal Frame II", tylko biadolenie tłustej muchy zaklinowanej w żaluzji:


Przepraszam, wyzłośliwiam się, bo nie umiem bez kiczu wyrazić zachwytu nad obcowaniem z ludzkim głosem człowieka żyjącego ponad 150 lat temu. 
A teraz współczesna wersja:


Starczy tego operowania na estetyce bez znieczulenia, co? Jak pewnie zauważyliście, dzisiaj monotematycznie, muzyka i filmiki jednego autora, który przedstawia się jako Alain Le Lait i zajmuje się wykonywaniem różnorakich piosenek dla dzieci, nie tylko francuskich (można jego płyty kupić w Internetach). Jakkolwiek śpiewa ładnie, tak może powinien sobie odpuścić programy graficzne...

Słodkich koszmarów!

Z wyrazami szacunku
Kazik

niedziela, 15 lutego 2015

Ptaszarnia Językowa, czyli...

...Koliber i Sowa najlepszymi przyjaciółmi poligloty.

Ostatnie spotkanie z Buusu było dość rozczarowujące, czyż nie? Zobaczyliśmy ceny w menu, złapaliśmy się za portfel i serce, zjedliśmy darmową bagietkę na stole, wymknęliśmy się na chwilę do toalety i nigdy nie wróciliśmy - choć ludzie przy sąsiednich stolikach byli w porządku, dalej jesteśmy głodni. A co powiecie na "Antosch & Lin"? Może ten surowy, skandynawski wystrój nieco odstrasza, ale koliberek w logo wygląda sympatycznie, no i to menu!...

Podstawą strony jest baza słownictwa - użytkownik może je wyszukiwać lub przeglądać według tematyki, a następnie dodawać do swojej puli. Żeby było wygodniej, zwykle do wybranego słowa dołączone są przykładowe zdania rozłożone na części, wyrazy mają podaną wymowę, inne znaczenia, znaczenie występujące w tym konkretnym kontekście oraz linki przekierowujące do interesującej nas części składowej zdania.

Gdy zbierzemy interesujące nas fiszki, możemy przejść do ćwiczeń - a jest w czym wybierać! Możemy trenować wybierając jedno z podanych tłumaczeń, wpisać je, podawać odpowiedzi na czas, odtwarzać nagrania, wstawiać brakujące wyrazy, przeglądać. Pod presją czasu, na spokojnie, ustawiając automatyczne odtwarzanie, wybierając poziom słownictwa, ćwiczyć same słówka lub całe zdania, segregować, jak często wybrany wyraz ma się pojawiać. Po lewej stronie system podaje w procentach, ile wyrobiliśmy dziennej dawki pakowania mózgu i jaki jest nasz obecny poziom biegłości językowej.

Atrakcji jest więcej. Mamy także dostęp do czytanek posegregowanych według stopnia zaawansowania czy tematu. Można także pisać eseje - nie wiem, jak ten system działa, dotychczas korzystałam tylko z podpowiadanych tematów, bez wysyłania moich wypocin. Świetny jest newsletter - można wybrać, czy chcemy dostawać świeżutką porcję słówek na wynos codziennie, a może co tydzień, czy zostaną wprowadzone automatycznie do naszej puli, czy zrobimy to ręcznie. Jeżeli gubimy się w gąszczu możliwości i ustawień, możemy zapoznać się z filmikami objaśniającymi poszczególne funkcje.

Podejrzliwie patrzycie na bilet wstępu, szukając drobnego druczku - a to psikus, bo nie ma żadnego haczyka na Wasz portfel! Wbijajcie! To wszystko za darmo! Oczywiście, są także dodatki - jednak nie jest to zbójecka praktyka z tej samej kategorii, co DLC, ale dodatki-dodatki. Największym smakołykiem są nagrania, faktycznie dobrej jakości (choć zdarza mi się je odtworzyć za darmo, ale nie wiem, od czego to zależy), dalej uzyskujemy możliwość wprowadzania własnych słówek i modyfikowania swoich fiszek (np. dodawanie innych znaczeń), rozbudowane ustawienia newslettera oraz otrzymujemy e-book ze wskazówkami, jak lepiej się uczyć. Konto Premium kosztuje 7/8 dolarów miesięcznie.

Coś fantastycznego, no nie? Co prawda nie ma sekcji gramatycznej, jedynie ewentualne wskazówki przy poszczególnych słówkach, ale z połączeniu z innymi materiałami Antosch & Lin może być ogromną pomocą dla samouków. Dużo ćwiczeń, zróżnicowana baza słownictwa, tworzenie kompletu fiszek, a to wszystko za darmo. Obecnie dostępne języki to chiński, duński, niderlandzki, francuski, niemiecki, włoski, japoński, koreański, portugalski, rosyjski, hiszpański, szwedzki i tajski dla osób anglojęzycznych - nie ma żadnych ograniczeń, możecie uczyć się wszystkich naraz. Nic Wam się nie podoba z tej oferty? Pomijając już, że grymasicie, na stronie startowej znajduje się formularz, w którym można zasugerować, jaki kolejny kurs powinien zostać wprowadzony. Kto wie, może w przyszłości na stronie pojawi się wybrany przez Was język?...

Czy maskotki Duolingo i Antoscha & Lina są przypadkowe? Sowa nie dość, że stereotypowo mądra, to w Japonii przynosi jeszcze szczęście. Z kolibrem na rzecz błyskotliwego nawiązania trzeba się będzie bardziej nagimnastykować, bo w kulturze południowoamerykańskiej jest kojarzony ze zmartwychwstaniem, posłannictwem bogów i krwawymi ofiarami - można to jakoś patetycznie powiązać z nauką języków... W każdym razie, to ptasie maskotki patronują dwóm naprawdę wysokiej jakości serwisom poliglotycznym. Reszta zależy od Waszej pracowitości! Powodzenia!
  
Z wyrazami szacunku
Kazik

PS Uprzejmie donoszę, że Antosh & Lin przechrzcił się na Learn With Oliver.