środa, 29 czerwca 2016

Szybko, szybko!

Zanim dotrze do nas, że to zupełnie bez sensu!

Parę dni temu szczęśliwie skończył się kolejny rok szkolny, uczniowie i nauczyciele przetrwali ostatnią akademię, pożegnali się czule bądź nie i rozpoczęli wakacje. Ptaszki ćwierkały, świadectwa lądowały w Szufladzie z Papierami, ludzie zamieniali szkolne plecaki na wakacyjne walizki, słowem, nic nie zapowiadało tragedii.

Temat likwidacji gimnazjów nieustannie powraca, a kwestię tę poruszano niejednokrotnie w tym i poprzednim roku, jako że była to jedna z obietnic nowego rządu, która wielu osobom się nie spodobała - jakkolwiek gimnazjum cieszy się raczej ponurą opinią, tak zauważano, że w ostatnich latach ten szczebel edukacji na tyle mocno udało się wbić w drabinę, że wreszcie stał się stabilną częścią systemu przynoszącą sensowne wyniki. Rodzice pisali petycje, nauczyciele prosili, żeby MEN trochę przyhamowało, no przemyślało, że pomysł nie jest zły, ale na spokojnie, bez pośpiechu... "Ehe, jasne", pomyślało MEN i zorganizowało Debatę.

Ogólnopolska Debata o Edukacji "Uczeń. Rodzic. Nauczyciel - Dobra Zmiana" odbywała się tak plus minus przez cztery miesiące. Całość wygląda prześlicznie - prawie 2 tysiące ekspertów, zaproszenie do rozmowy rodziców, liczne panele we wszystkich województwach, dużo ładnych, dużych słów o wspólnym dialogu, nic, tylko jechać, rozmawiać, pić konferencyjną kawę i rzeźbić taką edukację, że Finom oko zbieleje i będą mogli sobie tymi wynikami PISA co najwyżej łzy wytrzeć.

Okazało się, że organizatorzy debaty popełnili poważny, podstawowy wręcz błąd, o którym wie każdy nauczyciel - praca w grupach nie wyjdzie, jeżeli nie zarysuje się ogólnej koncepcji i nie dostarczy materiałów. Wygląda na to, że faktycznie chętni do rozmowy przyszli i odkryli, że to żadna debata, tylko taka w sumie duża pogawędka przy kawie. Bo nad czym tu debatować, jak się nie ma wstępnych założeń, szkicu koncepcji czy nawet odpowiedzi na podstawowe pytania? Więcej o tym w artykule "Debata o oświacie mocno kulejąca".

Ale dyskutowano, bo co miano zrobić, a wyniki tych dyskusji miały zostać przedstawione 27 czerwca na podsumowaniu w Toruniu. I niestety potwierdziło się to, co wielu przypuszczało już w trakcie debat - Ministerstwo ma Plan i od samego początku planowało likwidację gimnazjów i konkretne zmiany, a to całe gadanie z ekspertami i zainteresowanymi to taki pic na wodę i lista ślicznie brzmiących zapewnień, że to wszystko ustalone ze wszystkimi, wspólna praca, a tak w ogóle to tylko w sumie takie nieśmiałe propozycje w oparciu o głos ludu... Tyle że machina rusza już w 2017, więc jeśli macie jakieś ale, to tak do jutra do północy, później już nie przyjmuję.

Kto mógł pomyśleć, że ten numer w ogóle przejdzie? Wątpliwości budzi nawet data ogłoszenia tych rewelacji (tuż po zakończeniu roku szkolnego, kiedy nauczyciele się porozjeżdżali i dłużej im zajmie podjęcie wspólnych działań). Wszystko jest robione w niesamowitym pośpiechu, jakby ktoś dostał cynk, że członkowie Komisji Edukacji Narodowej postanowili zmartwychwstać i przeprowadzić wizytację. Debata przecież miała być dopiero wstępem do myślenia nad konkretnymi zmianami, gdy tymczasem 14 czerwca mieliśmy jeszcze dwa panele, 27 - konkretne groźby, a przez niecały rok mają cudownie zmaterializować się nowe podręczniki, programy nauczania same napisać, nauczyciele posiąść trudną sztukę medytacji, połączyć z Kosmosem i tym samym zdobyć wiedzę, jak to wszystko ma działać. Nie pomaga to, że na razie głównym źródłem informacji jest prezentacja (gdzie konkretne propozycje przeplatają się z watą słowną) i wypowiedzi minister Anny Zalewskiej. Słychać, że pani minister jest na bieżąco ze współczesnymi trendami edukacyjnymi w Europie, szkoda tylko, że jednym uchem jej to info wpada, chwilę się pokręci i wypada drugim.

W temacie edukacji językowej - czyli tego, co mnie interesuje najbardziej - sformułowano całe dwa pomysły, o których pani minister mówiła dokładnie minutę na dwugodzinnym podsumowaniu. Po pierwsze, "portale językowe jako narzędzie w nauczaniu języków obcych".  Cytując panią minister (40:42 minuta nagrania): "Będziemy wymagać od wydawnictw, poprzez oczywiście specyfikacje, żeby dostosować naukę języka obcego, tego, którego się słyszy, gdzie ćwiczy się zadania domowe, do XXI wieku. Wydaje się być najtańszym, żeby po prostu były portale językowe, gdzie dziecko po wpisaniu określonych haseł będzie mogło korzystać z dowolnej lekcji i móc w ten sposób odrabiać zadanie domowe." Wydawać to się może, ale opracowanie interaktywnego portalu edukacyjnego to siriuz biznes. Co u licha rozumiemy w ogóle przez "portal językowy"? Coś w stylu Duolingo? Stronę z testami? Czy to, co od dobrych kilku lat wydawnictwa dorzucają na płytach, których nikt nigdy nie odtwarza? O czym wy do mnie mówicie?! Czy tak właśnie wyglądały te debaty, że rzucaliście hasło "portale językowe", a ludzie po sobie patrzyli i zastanawiali się, o co cho?
Spróbujmy z drugą propozycją, może tam przynajmniej będzie wiadomo, od czego zacząć. "Nauka języka przez kontynuację", cytuję wzburzoną panią minister: "Nie będzie można zaczynać od początku. Proszę państwa, nie może być tak, że dziecko po szkole podstawowej, po gimnazjum idzie do liceum i zaczyna angielski od <I am>, w związku z tym będziemy wymagać kontynuacji". I tu przynajmniej rozumiem konkretny problem, ale nie rozumiem rozwiązania. Wymagają kontynuowania czego? Języka? Czyli nie będzie opcji, że ktoś wymiotuje już tym angielskim i będzie chciał zamienić go na, nie wiem, francuski? Co z sytuacją, gdy ze szkoły powszechnej pójdziemy do liceum, które nie ma w ofercie języka, którego się uczyliśmy? Co zrobić, gdy w klasie jest każdy z innej parafii i z innym stopniem opanowania języka - zostawić słabych na lodzie? Wzruszyć ramionami, serdecznie powspółczuć i wymusić, żeby dostosował się do kolegów stojących poziom wyżej? Nikt nie zadawał tych pytań podczas debaty?

Oczywiście, że zadawano. Ale dwie godziny to za mało, by omówić, jak konkretnie będzie działać gigantyczna przecież reforma systemu, wręcz powinnam się cieszyć, że nad tymi językami ktoś się pochylił - na konferencji mówiono i o wychowaniu fizycznym, i o zachęcaniu do czytania, i obowiązkowym wolontariacie, i tablicach multimedialnych, i kształceniu nauczycieli, i lekcjach historii, i o maturze i mnóstwie innych rzeczy, które osobno zasługują na wielkie, długie dyskusje. Bo tak to właśnie mamy takie... właściwie co? Co my właściwie wiemy i z czym idziemy do ludzi? Widać, że reforma pisana na kolanie podczas przerwy, mnóstwo zerżnięte bez pomyślunku od zagranicznych kolegów, połowa pracy to lanie wody - pała, siadać.

Nie tylko edukacja obowiązkowa cierpi na tym, że ktoś bardzo chce wykonać plan na 130%. Wiecie, że mamy coś takiego, jak certyfikat z języka polskiego jako obcego? Naprawdę fajna, szpanerska rzecz - wprowadzenie go było przełomowym wydarzeniem dla polskiego półświatka glottodydaktycznego, dowodem, że pilnie śledzimy i angażujemy się w europejską myśl dotyczącą nauczania języków obcych, że otwieramy się bardziej na świat. Jeżeli chcecie uzyskać obywatelstwo polskie, a nie ukończyliście przypadkiem żadnej szkoły z polskim jako wykładowym, to certyfikat na poziomie B1 to wasza jedyna szansa. Wszystko układało się jak trzeba, egzaminy się odbywały, trochę się tam sprzeczano o to, co tak właściwie powinniśmy u kandydatów sprawdzać, ale tak ogólnie wszyscy byli zadowoleni, gdy WTEM! Ktoś postanowił rok temu dorzucić dwa rozporządzenia w sprawie komisji i samego przeprowadzania egzaminu. A że akurat temu ktosiowi kończyła się kadencja i nie bardzo mu się chciało, to tak te rozporządzenia nabazgrał, że sprawnie funkcjonujący system stanął dęba, i tak stał kilka miesięcy, czekając cierpliwie, aż ktoś ogarnie ten bałagan (btw, akurat w tym czasie New Delhi starało się o to, żeby można było u nich przeprowadzać certyfikację, więc zrobiło się trochę niezręcznie). No i kolejny ktoś ogarnął, ale tak, jak swój pokój ogarnia obrażony nastolatek, rękawem przetrze kurz, sterta ubrań pod łóżko, paczka po czipsach kopnięta w kąt. Już zapowiedziano, że egzaminy ruszą we wrześniu, ale ponoć przepisy zostały tak nędznie poprawione, że to nie ma szans się udać tak, żeby było dobrze (głównym problemem jest całkowity brak procedur, więc nowa komisja będzie musiała robić wszystko na czuja i krzywy ryj). Co ciekawe, przed obiema zmianami konsultowano się z ekspertami - chyba tylko po to, żeby im zrobić na złość i dokładnie na odwrót. Ale miny musiały mieć te profesory z Rady Języka Polskiego, gdy te zmiany zobaczyły...

Skoro już jesteśmy w temacie polityki językowej - powiem wam, że niepokoję się, co to z nami będzie. Klimat nie sprzyja promowaniu różnojęzyczności śmierdzącej multi-kulti, całkiem niedawno prezydent zawetował ustawę o mniejszościach narodowych i etnicznych w Polsce. Pan prezydent był niekontent z punktu, zgodnie z którym przed organami szczebla powiatowego można byłoby używać języka mniejszości/kaszubskiego jako języka pomocniczego (na dzień dzisiejszy takie widzimisię tylko w gminach). Ponieważ nowelizacja dotyczyła nie wielkich zmian, a właściwie pomniejszych kwestii technicznych, mniejszości odebrały to jako brak dobrej woli. I trudno im się dziwić.

Jesienią miała się odbywać w Krakowie ogólnokrajowa konferencja dotycząca różnojęzyczności w szkole. Ale prawdopodobnie jej nie będzie (albo będzie, ale na znacznie mniejszą skalę), bo poproszone o pomoc ministerstwo najpierw długo kazało na odpowiedź czekać, po czym stwierdziło, że nie ma czasu organizować takich głupot, bo ma teraz ŚDM na głowie.

Sporo ludzi twierdzi, że to wszystko starannie przemyślane działania Rządu, żeby to poszło z dymem, a na zgliszczach wybuduje się zagrody, w których będziemy kształcić tłumoków, bo takimi łatwiej manipulować. Ja jednak myślę, że to najzwyczajniejsza w świecie krótkowzroczność i przyzwyczajenie, że nie warto planować nic na lata, bo i tak za chwilę zmieni się władza i będzie od początku meblować po swojemu. Szkoda tylko, że przy tych reformach widowiskowych jak przyjazd cyrku trzeba będzie się naużerać, namartwić, powylewać krew w piach i pozwalać, by eksperymentowano na żywca na tych pechowych uczniach. Chyba lepiej, żeby ministerstwo się nie wtrącało, tak jak przy różnojęzyczności w szkole - człowiek zostaje z tym sam, ale przynajmniej może pracować nad tym w spokoju.

Z wyrazami szacunku
Kazik

PS Gdybyście chcieli (uwierzcie mi - nie chcecie), TUTAJ podsumowanie debaty. Dotrwałam do godziny i osobiście uważam, że minus plus będziecie mieli to samo, gdy obejrzycie fragment drugiej części "Madagaskaru" - minister Anna Zalewska mówi równie składnie i do rzeczy, co Król Julian.



piątek, 12 lutego 2016

Fun Fact #1

1. Mądrzy ludzie z Oksfordu zrobili badania, i stwierdzili, że inaczej uczymy się rzeczowników, a inaczej czasowników. Jeżeli chcemy usprawnić nieco naszą naukę, to dobrze byłoby wiedzieć, że pamiętanie tych pierwszych zależy od tego, jak często je widzimy (Kapitan Oczywistość radzi: im częściej, tym szybciej kodujemy!). Przyswajanie czasownika zależy natomiast od różnicowania kontekstów, np. "czytam książkę", "czytam gazetę", "czytam ogłoszenie".

2. Czasownik jest najpóźniej opanowywaną przez dzieci częścią mowy. Dla równowagi, jak już w nas te czasowniki utkną, to się już ich nie wyrwie - na starość zapominamy je na samym końcu, pierwsze z pamięci wylatują rzeczowniki.

Z wyrazami szacunku
Kazik

sobota, 12 grudnia 2015

Słowa, słowa, słowa!, czyli...

...dlaczego warto inwestować czas w frekwencję.

Pytanie: ile słów ma język polski? Odpowiedź: w cholerę i jeszcze więcej. "Wielki słownik ortograficzny" pod redakcją Polańskiego liczy jakieś 150 tysięcy haseł, a przecież nie odnotowuje wszystkich wyrazów rynsztokowych, nawijek młodzieży, co bardziej wymyślnego słowotwórstwa, zapożyczeń z egzotycznym rodowodem, socjolektów czy nowinek z technokratycznej przyszłości (słownik w 2003 roku wydano).

Sto pięćdziesiąt tysięcy haseł! Taki jest polski na bogato.

Jeżeli przeglądacie od niechcenia dział z materiałami do nauki języków obcych w księgarniach, to możecie się czasami natknąć na książeczki reklamujące się metodą "1000 słów", obiecujące nauczyć komunikowania się w danym narzeczu dzięki ich poznaniu - zero nudnej gramatyki, a tysiąc słówek, co to jest! Odpowiadam: to jest bzdura z tego samego wora co "mezopotamski w miesiąc", ale bzdura nie biorąca się znikąd.

Wyobraźcie sobie jakąś pomerdaną antyutopię, w której chęć nauczenia się nowego języka jest poważną decyzją wymagającą zgody od Władz, wypełnienia mnóstwa papierków i dobrego humoru przybijacza pieczątek. Żeby nie było za łatwo, nie ma czegoś takiego jak słowniki czy kursy - Władza wręcza wam pakiet A1 zawierający co trzecią stronę z podręcznika do gramatyki i losowo wybrane tysiąc słówek. Jak myślicie, jeżeli nauczycie się tego tysiąca przypadkowo dobranych wyrazów, jak wiele zrozumiecie z przeciętnego artykułu z gazety kupionej na czarnym rynku? Odpowiedź: od 6 do 12%, zależnie do tego, ile daliście w łapę i jak bardzo przydatne słówka dostaliście.

Na szczęście to tylko moja chora wizja świata podbitego przez delfiny i mamy swobodny wybór w doborze wkuwanego słownictwa, i rozsądnie decydujemy się nauczyć tysiąca wyrazów występujących najczęściej w danym języku. Ile procent randomowego tekstu zrozumiemy przy takim zestawie? Odpowiedź: 72%.
WOW, jest różnica!

To jest bardzo dużo procentów i bardzo trzeźwe 72! Głupie tysiąc wyrazów! A co dopiero, gdy nauczymy się dwóch głupich tysięcy!, rozsunąć się, idę się ich uczyć i będę czytać Dostojewskiego i Schopenhauera w oryginale!

Znajomość dwóch tysięcy najpopularniejszych słów danego języka daje nam rozumienie 79,7%. No tak, trzeba jakoś do tych 100% dojść, gdzieś te pozostałe wyrazy muszą się zmieścić... Z każdym kolejnym tysiakiem opłacalność coraz niższa: 90% to opanowanie ok. 6000 słów, 95% - 15 000. Szacuje się, że by chycić się tych 99,9% (bo do setki obiecanej w tym modelu nigdy nie dojdziemy...), trzeba poznać 120 tysięcy słów.

Czujecie ten rozmach? Uczymy się tysiąca najczęściej występujących wyrazów i dostajemy 72% rozumienia. Poświęcamy tyle samo czasu, potu i łez na naukę kolejnego tysiąca, i rozumienie tekstu wzrasta o nędzne 10%, takie z dobrą wolą.

Oczywiście, musimy uściślić tu kilka rzeczy.
Po pierwsze, jedna rzecz jest czytać przeciętny artykuł z gazety pisanej dla przeciętnego Nejtiw Spikera, inna - próbować zrozumieć specjalistyczny tekst. Wiele zależy od naszej wiedzy ogólnej, intuicji i zapoznania w danym temacie. Przecież nawet i w ojczystym języku czasem nie rozumiemy wszystkich słów (a na pewno nie znamy ich słownikowej definicji!), a mimo to intuicyjnie rozumiemy przekaz w kontekście.
Po drugie, to, że znamy 72% występujących w tekście wyrazów nie znaczy, że je rozumiemy. Ja mogę wiedzieć, co osobno jest "drzeć", "z", "kimś", "koty", ale kompletnie nie pojmować, o co chodzi, gdy złożę je do kupy.

Co z tego wynika? Że warto zainwestować w te najczęściej używane tysiąc słów, to zdecydowanie ułatwi początki nauki. Przy czym proszę się nie nabierać na reklamy określające szumnie tę pomoc "metodą", mającą magicznie sprawić, że będziemy się świetnie komunikować (tym bardziej, że mówimy tu o słowie PISANYM, w którym nie dręczy nas sito fonologiczne i rytuały komunikacyjne). Chyba, że przez "naukę języka" rozumiemy "jadę na tydzień do Madrytu i potrzebuję być miłym dla tambylców", to wtedy z takich rozmówek możemy jak najbardziej skorzystać. Bo poza listą słówek najczęściej mają jeszcze zwroty grzecznościowe.



Z wyrazami szacunku
Kazik

niedziela, 6 grudnia 2015

Ho, ho, ho, czy są tu jacyś grzeczni narodowowyzwoleńcy?, czyli...

...wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Niepodległości, Finlandio!

Rok 1323, Szwedzi pytają, czy Finowie mają chwilę, żeby porozmawiać o Jezusie i ta chwila przedłuża się na jakieś prawie pięćset lat. Niemal pięćset lat niebycia na mapach (ewentualnie jako wzmianka, że to część szwedzkiego królestwa), posługiwania się przez elity kulturowe językiem najeźdźcy, oczywiście w sprawach administracyjnych i prawnych Finowie nie mieli nic do gadania. A potem Szwecji nie wyszło i po przegranej z Rosją musiała oddać carowi fińskie tereny. Spod buta pod kolejny but, ale teraz to była inna rozmowa - teraz to był Romantyzm, teraz budziła się w narodach duma z kultury ludu i duch Gustawa unosił się nad wodami. Przez kolejne sto lat Finowie po raz pierwszy odśpiewali publicznie swój hymn, wydali poemat narodowy "Kalevala", pierwszą fińską powieść, masę nowel historycznych, wprowadzili własną walutę (markka), a fińscy architekci i malarze przynieśli ludowi sławę i chwałę na Światowej Wystawie w Paryżu. Sytuacji sprzyjał fakt, że car nie był specjalnie zainteresowany ciemiężeniem ludu, zezwolił na stosunkowo dużą autonomię i zrównał język fiński ze szwedzkim. Montowana przed dziesięciolecia bomba w końcu wybuchła, zapaliwszy się od rosyjskiej rewolucji i tym sposobem w 1917 roku Finlandia stała się niepodległym państwem.

Fun Fact: fiński hymn narodowy "Maamme" ("Nasza ziemia") został napisany po szwedzku i nosił tytuł "Vårt land". Taka karma ludów, których elita przez wieki pisała w obcym języku.

Fińskim obchodom zdecydowanie bliżej do polskiej zadumy i wystawania na zimnie przy grobach, niż amerykańskiemu zasypywaniu nieba fajerwerkami. Jak to w czasie takich świąt, odbywają się pochody i uroczyste msze (narodowymi kościołami w Finlandii są kościół ewangelicki i prawosławny, choć ten drugi ma ledwo-ledwo 1% wyznawców), chóry odśpiewują pieśni patriotyczne, wojsko urządza defilady, odwiedza się groby poległych żołnierzy. Przede wszystkim tych, którzy zginęli w walce ze ZSRR. Z tymi grobami jest taka jeszcze trochę niezręczna sprawa, że niecały rok po uzyskaniu niepodległości wybuchła wojna domowa, Czerwoni (wspierani przez Rosję) kontra Biali (wspierani przez Niemcy). Wygrali ci drudzy i wprowadzili "biały terror", prześladując ledwo co wyswobodzonych obywateli z rozmachem godnym obcego okupanta. Tysiące ludzi zginęło, trafiło do obozów, straciło majątek i rodziny. Ostatni więźniowie zostali zwolnieni w 1927 roku, sprawa odszkodowań i propagandy sympatyzującej z Białymi ciągnęły się do połowy XX wieku. Jest to wciąż bolesne wspomnienie dla Finów i raczej nieprzepracowany problem, o którym 6 grudnia mówi się raczej prywatnie.

Dzień Niepodległości to także Dzień Flagi. Zestaw biało-niebieski jest wszędzie, publiczne instytucje wywieszają flagi, cukiernie serwują smakołyki z lukrem w barwach narodowych. Najczęściej widzi się dwie świeczki zapalane przez Finów w oknach. Mówi się, że mieszkańcy w ten sposób dawali znać ludziom uciekającym przed rosyjskimi władzami, że oferują im schronienie. To mit, ale ładny.

Częsty widok w fińskich oknach.

Ciacha z bloga kulinarnego w barwach narodowych z lwem z fińskiego herbu.
Fińskim odpowiednikiem naszych "Czterech pancernych" czy innych "Jak rozpętałem II wojnę światową" jest "Tuntematon sotilas" ("Nieznany żołnierz"), adaptacja powieści pisarza Väinö Linna. Historia opowiada o walce Finów z Sowietami z perspektywy zwykłych żołnierzy i jest to pierwsza fińska powieść historyczna ukazująca wojnę w realistyczny sposób (autor mocno inspirował się "Na Zachodzie bez zmian", co widać i czuć). W wielu domach puszczany co roku w telewizji i znany na pamięć film ogląda się rodzinnie jednym okiem przy obiedzie.

Okładka najpopularniejszego wydania. 
 Flagi, śmagi, świeczki i patriotyczne wersja "Kevina samego w domu" - to wszystko nic w porównaniu z Linnan Juhlat - Balem Zamkowym. Nazwa myląca, bo bal wyprawia prezydent w swoim Pałacu Prezydenckim. Uroczysta, formalna impreza, na którą sprasza się tłuszczyk śmietanki. Przybywają odznaczeni najważniejszą odznaką militarną, Krzyżem Wolności (oni zresztą wchodzą do pałacu jako pierwsi), członkowie rządu, dyplomaci, arcybiskupi, profesorowie, sędziowie, szychy policyjne i wojskowe oraz poprzedni prezydent (tradycyjnie przybywający ostatni). To oficjalny, niezmienny zestaw, poza tym głowa państwa może zaprosić sportowców, aktorów, filantropów i generalnie ludzi. którzy wyróżnili się w ostatnich latach w ten czy inny pozytywny sposób. No dobra, elity wcinają kanapeczki z kawiorem na imprezie zamkniętej, i co w tym szczególnego?
To jest generalnie bardzo dobre pytanie, bo Finowie z tajemniczych powodów mają po prostu świra na punkcie Balu Zamkowego. YLE (publiczny nadawca radiowo-telewizyjny) ma specjalną stronę odliczającą czas do początku imprezy, Twittera relacjonującego przygotowania w pałacu, kto-zkim-wczym przyszedł jest drobiazgowo odnotowywane w Internecie w uaktualnianych w przeciągu minut relacjach, ludzie na tumblrze na bieżąco wrzucają gify, na FB komentują opinie na gorąco. Na czas transmisji zbiera się rodzina, nierzadko zaprasza się do wspólnego oglądania znajomych i w gronie najbliższych komentuje się garnitury przybyłych profesorów. Emisja Balu Zamkowego bije każdego roku rekordy pod względem oglądalności, a przez kolejny miesiąc ludzie dyskutują o strojach przybyłych, dlaczego tamtego zaproszono a tego nie i czyja sukienka była najładniejsza. Próbowałam to oglądać w zeszłym roku, ale jak się nie jest Fińczykiem/nie zna się tych ludzi, toto jest strasznie nudne...

Zdjęcie z dzbankami na herbatę wrzucone trzy dni temu na Twittera przez człowieka z YLE śledzącego przygotowania do Balu.  
Komplikacja "niezwykłych wydarzeń" z zeszłorocznego Balu. Ludzie siedzą przed telewizorem i patrzą, jak inni ludzie ściskają dłonie pary prezydenckiej. Czasem ktoś komuś przydepnie sukienkę. I TAK PRZEZ PONAD GODZINĘ. 

Prezydent może zaprosić na Bal kogo chce - nawet faceta, który zasłynął z zaprogramowania "Angry Birds". Żona Petera Vesterbacka przyszła na imprezę w sukience zainspirowanej grą. 
Święto Niepodległości to także dobry czas na protesty - gdy oficjalne pochody się kończą, a orkiestra na Balu zaczyna grać, na ulice wychodzą ludzie i mają "ale". Stałym powodem jest protest przeciwko samemu Balowi, na którym państwowe pieniądze marnowane są właściwie na populizm, ostatnio na tapetę wchodzi też temat rosnącego bezrobocia. Uspokajam tych, którym protesty w święta narodowe kojarzą się głównie z fruwającymi cegłówkami i szybami do wymiany - Finowie są znacznie spokojniejsi i protesty przechodzą pokojowo. Wyjątkiem był ten w 2013 roku, kiedy spokojna demonstracja przeciwko Balowi (odbywającego się wyjątkowo poza stolicą) skończyła się demolowaniem pobliskiego otoczenia.
Najbardziej jednak znanym "protestem" jest "bal ubogich", charytatywna impreza zapoczątkowana przez filantropa o imieniu Veikko Hursti (zmarł dziesięć lat temu, ale w jego ślady poszedł syn) słynącego z pomocy bezdomnym i głodnym.

My natomiast mamy Mikołajki, na które dostałam kubeczek od mamusi (cmok!) i butelkę Coca-Coli od pana promującego firmę po blokach. I z tego kubka napiję się dziś za zdrowie Finlandii - pięknego kraju o niezwykłej kulturze i wspaniałym języku. Wszystkiego najlepszego!

Z wyrazami szacunku
Kazik

środa, 11 listopada 2015

Mów do mnie jeszcze!, czyli...

...o tym, jak nie znosimy się odzywać w języku obcym.

Po pierwsze, obniżmy poprzeczkę - jeżeli jesteś dorosły, nie osiągniesz w kwestii wymowy poziomu native speakera. Chyba, że Twoi rodziciele postanowili zawczasu wygimnastykować ci aparat mowy i dręczyć ucho rozróżnianiem ฃ od ค, a do tego poświęcisz na to całe mnóstwów godzin, to być może wtopisz się w miejscowy tłum - tylko po co? Tak długo, jak nie planujesz kariery szpiegowskiej, perfekcyjna wymowa z idealnym akcentowaniem, intonacją że można ją śpiewać i modelowym "h" dźwięcznym nie jest niezbędna w komunikacji, a czasy, w których przyporządkowywano do danej klasy społecznej na podstawie akcentu szczęśliwie minęły. Czy śmieszy Cię obcokrajowiec, co mówi po polsku w melodii swojego ojczystego języka? Czy przestajesz go brać na poważnie, albo traktujesz jak niewykształconego idiotę? No właśnie.

Ale to przecież nie wstyd o brzmienie jest kluczowy, tylko zawartość - początki nauki obcego języka są upokarzające. Jeżeli poziom kompetencji w języku ojczystym to trampolina, a nowe narzecze to znajdujący się kilkadziesiąt metrów niżej basenik, to nagły skok wymaga sporej odwagi. Niby po wylądowaniu w wodzie nic się nie stało, ale Jeżu Słodkowodny, jaka siara, stałem na tej trampolinie i stałem, i tak idiotycznie wymachiwałem kończynami w powietrzu, wszyscy się gapili i pewnie się śmiali, nigdy więcej...

Uczucia hamujące niedzieci przed mówieniem w języku obcym nazywa się fachowo filtrem afektywnym. To przez niego czujemy się jak błazny, kiedy nagle nasze ukochane narzędzie służące do wyrażania siebie ze szwajcarskiego scyzoryka zamienia się w plastikowy nóż z co najwyżej "lubię zwierzęta, mam kota, mój kot ma cztery nogi i jest pomarańczowy". Głupio, nie? No głupio, bo gdyby nie filtr afektywny, uczylibyśmy się znacznie szybciej.

Dorośli mają tę przewagę nad dziećmi, że lepiej znają ludzi i życie. Co znaczy mniej więcej tyle, że nawet przy słabej znajomości języka są w stanie lepiej się komunikować i przy odrobinie dobrej woli prowadzić jako-taką konwersację. Dwie anegdotki: pewien obcokrajowiec nie mogąc znaleźć jajek w markecie, a nie znając na nie słowa zapytał pracownika, gdzie znajdzie "kurze dzieci". Dwie dalekie krewne, jedna znająca tylko polski, druga - francuski, prowadziły dość długą konwersację opartą na "-Piotr ça va? -Ça va! -Asia ça va? - Ça va!". Pan zjadł na kolację jajecznicę, panie miło sobie pogawędziły o rodzinie.

W 1982 badacze Asher i Garcia stwierdzili, że przy nauce zdań połączonych z ruchem (pokazywanie, odgrywanie scenek) dorośli osiągając znacznie lepsze wyniki, niż dzieci - jedynym problemem jest to, że trudno przekonać ich do takiej "infantylnej" nauki. 

Co z tego wynika? Po pierwsze, nie jesteś sam w swoim wstydzie przy mówieniu - to całkowicie naturalne i wszyscy to przechodzimy. Po drugie, 99% osób mających do czynienia z Twoją kulawą wymową nie myśli o Tobie jak o upośledzonym. 99%, bo niemal zawsze znajdzie się jakiś palant, którego niepomiernie bawią cudze (bo przecież nie jego) próby wypowiadania się, ale nie przejmujemy się nim, bo cóż, jest palantem. Po trzecie, żeby przełamać opory, trzeba zacząć mówić, mówić i jeszcze raz mówić. Gadać do siebie, znaleźć sobie sympatycznego partnera językowego, robić ćwiczenia związane z wypowiadaniem się. Nie ma co tego odkładać na później czy łudzić się, że wraz ze wzrostem innych umiejętności językowych ten problem przy okazji zniknie. 

Notkę zakończę ciekawostką: Warchoł-Schlottmann twierdzi, że "wszystkie opory można zmniejszyć poprzez podanie dorosłym alkoholu (już po wypiciu ok. 28 gramów 45% alkoholu ich wymowa znacznie się poprawiła)". Co to za ciekawostka, jak wszyscy to wiedzą, ale przynajmniej teraz możecie się przy tym powoływać na Naukę. 


Z wyrazami szacunku
Kazik



wtorek, 20 października 2015

Ordnung muss sein, czyli...

...puste biurko zwykle jest oznaką ogarnięcia się, panie Einstein.

[Zanim zaczniemy, REKLAMA. Pamiętacie Raptora? Tę laskę, co to pomogła przy notce o chińskich szachach? Końcem końców wzięła i pojechała do tego Nankinu i ma dużo wesołych przygód, które na niebieżąco opisuje na swoim blogu. Mrożące krew w żyłach zmagania z papierkologią, trochę marudzenia, sporo zachwytów, mnóstwo zdjęć pysznego żarcia, polecam!]

Przed początkiem roku akademickiego postanowiłam zrobić porządek. O zgrozo, w papierach. W teczkach. Zeszytach. Przedrzeć się przez te stosy kartek, kserówek, karteluszków. W punkcie kulminacyjnym pokój wyglądał jak punkt ksero na tydzień przed początkiem sesji.

Każdego uczącego się prędzej czy później dopada kryzys. Patrzy człowiek ponuro na zeszyt i zastanawia się, jaką tępą i bezczelną istotą jest, skoro sądził, że samodzielnie nauczy się danego języka. Tyle czasu, tyle ćwiczeń, tyle potu, łez i poświęceń, i nic. Jeszcze sobie na dokładkę trzeba przypomnieć znajomego ze szkoły, który z zajęć na zajęcia wchłaniał po dwa miliony słówek, ach, Siło Wyższa, dlaczego urodziłem się takim językowym młotkiem, jestem Syzyfem patrzącym z zazdrością na wolne orły mówiące językami ludzi i aniołów, prochem mój zeszyt ćwiczeń i w proch się obróci.

A ty po prostu nie widzisz, jakich akrobacji umysłowych potrafisz już dokonać, no bo jak masz widzieć.

Puenta mojej anegdotki o sprzątaniu jest taka, że dotarło do mnie, jak daleko już zaszłam. Po segregacji urosła przede mną papierowa wieża Babel w skali mikro, zbudowana z kartek i kser z ćwiczeniami językowymi. Kaziki Z Przeszłości, że to wam się wszystko chciało! W życiu bym nie przypuszczała, że tyle tego jest pochowanego po teczkach i książkach.

Znalazły się i stare zeszyty. Zagadnienia gramatyczne, które kiedyś wydawały się nie do pokonania jak Mur Maria, teraz przypominają ozdobne płotki z amerykańskich ogródków. Przy porównaniu mojego dzisiejszego hindi z tymi kulfonami próbującymi wyrazić najprostsze słówka mało się nie popłakałam ze szczęścia. Jaki postęp, jaki skok cywilizacyjny!

Z rozwijaniem umiejętności umysłowych jest tak, że trudno zauważyć swoje postępy. Wydaje nam się, że tkwimy w miejscu, że mimo ciężkiej pracy nic się nie zmieniło, zniechęcenie podszyte jest wstydem, bo najwyraźniej jesteśmy mało bystrymi półgłówkami. Dlatego warto założyć sobie teczkę na kolekcjonowanie ćwiczeń, warto po skończeniu zeszytu czy podręcznika zajrzeć do pierwszych lekcji i samemu się przekonać, ile wcześniejszych przeszkód nie stanowi już żadnego problemu. Nagrajcie się, jak czytacie i spróbujcie przeczytać ten sam tekst dwa miesiące później. Fajnym pomysłem jest wysłanie listu do samego siebie, w którym podzielimy się ze swoją przyszłą wersją problemami na dzień dzisiejszy i dobrym słowem. Załóżcie zeszyt, w którym dokładnie co miesiąc będziecie próbować opisać swój dzień, tak sami z siebie, bez zaglądania do pomocy naukowych, by się przekonać, jak to powoli się rozwijacie jako ten kwiat poharatany i ostatni.



Zaczęliśmy od biurka i na nim skończyliśmy - BHP, ludzie! Trzymajcie porządek w miejscu pracy! Czyste biurko sprzyja koncentracji i oszczędza mnóstwo czasu marnowanego na szukanie długopisu zaginionego w akcji. Albo na porządkowanie stert papierów, jakiekolwiek skarby mądrości życiowych by się w nich nie kryły.

Z wyrazami szacunku
Kazik

piątek, 9 października 2015

I edukacja dla wszystkich!, czyli...

...wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Hangulu! Tak, to właśnie dzisiaj w Południowej Korei świętuje się powstanie ichniejszego alfabetu. Poświętujmy i my, bo każda okazja do intelektualnej hulanki jest dobra.


Na początek nieco historii. Dawno, dawno temu Chiny były uprzejme okupować tereny dzisiejszej północnej Korei, w związku z czym do V w. n.e. Koreańczycy pisali w klasycznym chińskim. Czas mijał, chiński pisany mówił swoje, koreański mówiony chciał pisać swoje, co doprowadziło do uformowania hancha / hanja / 한자 / 漢字 - znaków sinokoreańskich, czyli Koreańczycy zaczęli dostosowywać chińskie znaki do wymowy koreańskiej. I od tego momentu zaczął się niewypowiedziany bałagan językowy, utworzyły się trzy odłamy różnorako przerabiające chiński na półtutejszy - jeden skupiał się na dostosowywaniu końcówek gramatycznych i pchał się do pisania oficjalnych dokumentów, drugi przerabiał głównie brzmienie i babrał się w poezji, a trzeci w ogóle nie mógł się zdecydować, o co mu chodzi. Bajzel straszliwy.

I pewnie Koreańczycy nie ogarnialiby systemu jeszcze długi czas, gdyby nie Sejong Wielki, czwarty król w dynastii Joseon, który generalnie ogarniał wszystko. Za swojego panowania wzmocnił wojsko, polepszył stosunki i umocnił handel z Japonią, najechał wyjątkowo upierdliwą wyspę piratów, wspierał rozwój literatury, nauki i technologii, a do tego uważał, że tak mocno zhierarchizowane i podzielone społeczeństwo ssie i na co to komu. Z trudem przepychał politykę "ważne stanowiska dla umiących, a nie dla urodzonych ze srebrnymi pałeczkami w ustach", umożliwił niearystokratom robienie kariery w państwowych instytucjach i zaopiekował się człowiekiem znikąd, Jang Yeong-silem. Yeong był geniuszem, pomysłowym wynalazcą i utalentowanym astronomem. Niestety, był też z nizin społecznych, czego wysoko urodzeni nie mogli znieść, no bo kto to widział żeby jakiś wsiok tak trzaskał matmę słyszałem że jego obliczenia mają wszy i brudno w zeszycie.

Zdecydowanie najważniejszym osiągnięciem Sejonga Wielkiego i największą przysługą oddaną społeczeństwu było wprowadzenie hangulu w 1444 roku. Znaczy, wtedy to się nazywało inaczej, hunminjeongeum, bo współczesną nazwę wprowadzono dopiero w XIX wieku. Tak czy siak, król zlecił założonemu przez siebie naukowemu instytutowi (Hall of Worthies) przygotowanie nowego alfabetu, prostego, łatwego do nauki i odpowiadającego dźwiękom wypowiadanym przez przeciętnego obywatela. Istna rewolucja!

Rozumiecie, że taki obrót sprawy nie spodobał się ówczesnej elicie. Pismo znane tylko przez tych, których było stać na wieloletnie kucie znaków i studiowanie skomplikowanego systemu przestało mieć znaczenie na rzecz zbiorku 24 pstroszków, które mógł ogarnąć byle kto. Z tego powodu nowy alfabet przez wielu był pogardliwie nazywany amgeul (암글 "pismo kobiece"), ahaegeul (아해글 "dziecięce pismo") lub achimgeul (아침글 "poranne pismo", bo takie łatwe, że można się go nauczyć w jeden poranek; właściwie ukuto to na podstawie reklamy jednego z ministrów, który powiedział, że mądry człowiek nauczy się tego pisma w jeden poranek, a głupiemu zajmie to co najwyżej dziesięć dni). Jakkolwiek arystokracja jeszcze przez długi czas upierała się używać hancha (którego zresztą do dziś można się uczyć w szkole), a sto lat później pewien tyran zakazał hangulu, nic już nie mogło powstrzymać zmian.

Dziś Sejong Wielki zdecydowanie prowadzi w koreańskim rankingu na ulubionego władcę - widnieje na jednym z banknotów, wiele instytucji kulturowych nosi jego imię, powstał o nim serial telewizyjny, zaś w 2009 roku w Dzień Hangulu na placu Gwanghwamun w Seulu odsłonięto jego prawie dziesięciometrowy pomnik z brązu, pod którym znajduje się podziemne przejście z muzeum opisującym życie władcy. UNESCO przyznaje nagrodę imienia Sejonga za walkę z analfabetyzmem, a okres jego rządów jest uznawany przez Koreańczyków za złoty wiek rozwoju kultury. Kurde, jak będę duża, to chcę być taka jak Sejong.

Zastanawialiście się kiedykolwiek nad podjęciem nauki koreańskiego? Jeżeli marzy Wam się popularny, azjatycki język, a od patrzenia na alfabety chińskie i japońskie robi się słabo w rękach, język koreański jest niezłą opcją. Alfabet został stworzony do tego, by go się błyskawicznie nauczyć, a największą przeszkodę w nim stanowią samogłoski, które europejskiemu uchu trudno rozróżnić i to im trzeba poświęcić sporo czasu. A tak, w niecałe dwa dni można przystąpić już do nauki gramatyki i czytania tekstów. Co więcej, liczne zapożyczenia z chińskiego i japońskiego, a także niektóre zasady i skomplikowana honoryfikatywność sprawiają, że nawet krótka przygoda z koreańskim może znacznie ułatwić naukę dwóch wcześniej wspomnianych.

Koreański jest coraz popularniejszy (nie ukrywajmy, k-pop sporo tu pomógł) i o materiał do jego nauki w Internecie nietrudno. TUTAJ odsyłam Was do króciutkiego kursu alfabetu autorstwa Ryana Estrada. Jeżeli akurat dzisiaj gwiazdy się tak ułożyły, że żadną miarą nie możecie zmusić się do rozpoczęcia nauki czegokolwiek, to pamiętajcie, że możecie to odłożyć na 15 stycznia, bo to wtedy swoje pismo celebruje Korea Północna.

Z okazji Dnia Hangulu życzę Wam, żebyście mieli zawsze zapał do nauki, nieutrudniony dostęp do wiedzy, otwarty umysł oraz ulubione słodycze pod ręką, bo czemu nie. Wszystkiego dobrego!




Z wyrazami szacunku
Kazik